Niewielkich rozmiarów zbiorek przynosi kilka drobnych form Jacka Dehnela, które może nie odegrają doniosłej roli w polskiej literaturze współczesnej, ale dają wiele przyjemności.
Proza Jacka Dehnela bardzo ładnie dojrzała. Z wydanych łącznie w nowej książce, a wcześniej rozproszonych tu i ówdzie opowiadań wyłania się obraz Dehnela-stylisty, który aktualnie w Polsce nie ma sobie równych. Bije go chyba tylko Olga Tokarczuk ze swoimi Opowiadaniami bizarnymi i Grą na wielu bębenkach, ale to przecież nie zawody.
Dehnel oczarowuje pod względem językowym. I wtedy, gdy snuje narracje rozgrywające się dawno, w XVIII czy XIX wieku. I wtedy, gdy daje dojść do głosu mieszkańcom Warszawy wspominającym wojnę. Większość historii jest jakoś zakotwiczona w szczególe, np. skrawku papieru z tekstem, motywie z obrazu Caspara Davida Friedricha. Nic dziwnego, bo też Dehnel pisał je w odpowiedzi na konkretne zapotrzebowanie (np. muzeum C.D. Friedricha, Muzeum Powstania Warszawskiego, Festiwal Kultury Żydowskiej). I zrobił to mistrzowsko.
I tak można dać się oczarować opowieści snutej przez topielicę z Sekwany, której twarz miała później zostać użyczona fantomom do treningów sztucznego oddychania, w której to narracji dziewczyna wylicza wszystkie pierścionki wrzucone do wody przez zdradzone, oszukane, odepchnięte kobiety, a piętrowe wyliczenie zawija się w fikuśnym okresie składniowym. Ktoś powie — przerost formy nad treścią. A ja mówię — stylowa literatura, która sprawia, że jeszcze mi się chce czasami czytać współczesne książki.
Historie łajdackie świata nie zmienią, ale mienią się urzekającym blaskiem.
4,5/6
PS. Kto jeszcze zwykł snuć opowieści łajdackie? No, wiadomo. Na dwóch cedekach upchnięto koncert Cave’a z Paryża (podobno), a ja byłem na niemal identycznym, tyle że w Łodzi. Niemal, trochę się setlista różniła. Nieznacznie. Uznajmy, że to był ten sam koncert. Było pięknie.

