Na zgliszczach, czyli “Niepokonane” Williama Faulknera

William Faulkner Niepokonane
Jestem wielkim fanem nowych przekładów Faulknera. Gdy na spotkaniu z Dehnelem i Tarczyńskim zapytałem ich o kolejne, powiedzieli, że jeden tłumaczy Niepokonane, a drugi Absalomie, Absalomie. Najpierw nie mogłem się doczekać tej pierwszej książki, a od razu po zamknięciu tomiku zacząłem wypatrywać drugiej.

Tu się wszyst­ko zga­dza. Sty­lo­we wyda­nie Zna­ku, ład­na, ale nie­na­chal­na czcion­ka — to już na pierw­szy rzut oka. A w środ­ku? Znie­wa­la­ją­cy, fascy­nu­ją­cy tekst, jak wszyst­kie wiel­kie powie­ści Faulk­ne­ra, prze­ło­żo­ne przez świet­ne­go pisa­rza, wyczu­lo­ne­go na melo­dię języ­ka, kar­ko­łom­ną budo­wę pię­tro­wych meta­for, dzi­wacz­nych kon­struk­cji skła­dnio­wych, neo­lo­gi­zmów, inter­punk­cji sto­so­wa­nej zgod­nie z wła­sną wariac­ką nor­mą pisa­rza, zupeł­nie nie­przy­sta­ją­cą do współ­cze­snych stan­dar­dów, a jed­nak w tym tek­ście po pro­stu wyra­zi­stą. Wszyst­ko u Faulk­ne­ra było takie. Dla­te­go czy­tam go z wypie­ka­mi, któ­rych mało któ­ry pisarz repre­zen­tu­ją­cy lite­ra­tu­rę naj­now­szą mi zapew­nia choć na chwilę.

A co wca­le nie jest mniej waż­ne, Deh­nel opa­trzył tekst nie­zbyt licz­ny­mi, za to obszer­ny­mi, waż­ny­mi i zawsze cie­ka­wy­mi przy­pi­sa­mi, bez któ­rych tekst był­by dużo mniej zro­zu­mia­ły. Deh­nel nie wyja­śnia poje­dyn­czych słów czy zwro­tów, tyl­ko od razu cały kon­tekst kul­tu­ro­wy. I robi to w wyśmie­ni­tym sty­lu. I tak już będę wie­dział, że angiel­skie cabin to bied­na cha­ta murzyń­ska (tak, niu­an­se zna­cze­nio­we słow­nic­twa rasi­stow­skie­go tak­że są tu waż­ne, jak w przy­pad­ku każ­dej z powie­ści Faulk­ne­ra), ale tyl­ko na Połu­dniu, bo na Pół­no­cy cabin może być, powiedz­my, zruj­no­wa­ną altan­ką zamiesz­ka­ną przez bia­łe­go piju­sa, pod­czas gdy w sta­nie Mis­sis­si­pi to już było­by ozna­cza­ne dum­nie jako house. I tak dalej.

Dodaj­my do tego świet­ne posło­wie, w któ­rym Deh­nel oma­wia para­le­lę mię­dzy życiem połu­dnio­wo­ame­ry­kań­skich plan­ta­to­rów po woj­nie sece­syj­nej a sta­tu­sem pol­skiej szlach­ty wysa­dzo­nej z sio­dła. I zde­rza Nie­po­ko­na­nych (Nie­po­ko­na­ne?) z tek­stem Odojewskiego.

A sama powieść? Poskła­da­na przez auto­ra dość nie­dba­le z wyda­nych wcze­śniej opo­wia­dań, co w niczym nie prze­szka­dza, raczej nada­je jakie­goś smacz­ku pono­wo­cze­sno­ści w tej zanu­rzo­nej w prze­szło­ści fabule.

Mamy nasto­let­nie­go boha­te­ra patrzą­ce­go na woj­nę sece­syj­ną z punk­tu widze­nia mało­la­ta, któ­ry wal­czyć nie może, ale jed­nak musi doko­nać aktu zemsty. Jest Bab­cia Rosa, któ­ra doko­nu­je czy­nów i hero­icz­nych (wal­czy o oca­le­nie rodzi­ny), i pod­łych (co praw­da chce odzy­skać zagra­bio­ny mają­tek, ale doko­nu­je tego, han­dlu­jąc muła­mi pozy­ski­wa­ny­mi od Jan­ke­sów za pomo­cą sfał­szo­wa­ne­go doku­men­tu). Jest wresz­cie puł­kow­nik Sar­to­ris, wzo­ro­wa­ny na pra­dziad­ku Faulk­ne­ra (podob­nie zresz­tą jak sta­ry Sut­pen z Absa­lo­mie, Absa­lo­mie), któ­ry jest jed­no­cze­śnie i nad­ludz­kim, home­ryc­kim wręcz boha­te­rem, i pod­łym, zło­śli­wym, agre­syw­nym typem. I jest wresz­cie sym­bo­licz­ne prze­rwa­nie krę­gu prze­mo­cy przez bohatera-narratora, mło­de­go Bay­ar­da Sar­to­ri­sa. I gra z rola­mi płcio­wy­mi jego kuzynki-kochanki-macochy.

I jesz­cze parę innych waż­nych spraw, któ­rych nie war­to stresz­czać, bo trze­ba prze­czy­tać i tyle.

6/6

PS. Uda­ło mi się nie­daw­no dorwać kil­ka wcze­snych płyt The Tear Gar­den — duetu Edwar­da Ka-Spela z cEvi­nem Key­em (Skin­ny Pup­py) plus zna­jo­mi z The Legen­da­ry Pink Dots jako goście. No uwiel­biam. I pro­szę popa­trzeć, pło­mycz­ki z okład­ki pły­ty Tired Eyes Slow­ly Bur­ning wyglą­da­ją pra­wie tak samo, jak te ze środ­ka nowe­go prze­kła­du Nie­po­ko­na­nych. To, rzecz jasna, przy­pa­dek, ale jaki uroczy!

Niepokonane

Na zglisz­czach, czy­li “Nie­po­ko­na­ne” Wil­lia­ma Faulknera
Facebooklinkedintumblrmail