Jestem wielkim fanem nowych przekładów Faulknera. Gdy na spotkaniu z Dehnelem i Tarczyńskim zapytałem ich o kolejne, powiedzieli, że jeden tłumaczy Niepokonane, a drugi Absalomie, Absalomie. Najpierw nie mogłem się doczekać tej pierwszej książki, a od razu po zamknięciu tomiku zacząłem wypatrywać drugiej.
Tu się wszystko zgadza. Stylowe wydanie Znaku, ładna, ale nienachalna czcionka — to już na pierwszy rzut oka. A w środku? Zniewalający, fascynujący tekst, jak wszystkie wielkie powieści Faulknera, przełożone przez świetnego pisarza, wyczulonego na melodię języka, karkołomną budowę piętrowych metafor, dziwacznych konstrukcji składniowych, neologizmów, interpunkcji stosowanej zgodnie z własną wariacką normą pisarza, zupełnie nieprzystającą do współczesnych standardów, a jednak w tym tekście po prostu wyrazistą. Wszystko u Faulknera było takie. Dlatego czytam go z wypiekami, których mało który pisarz reprezentujący literaturę najnowszą mi zapewnia choć na chwilę.
A co wcale nie jest mniej ważne, Dehnel opatrzył tekst niezbyt licznymi, za to obszernymi, ważnymi i zawsze ciekawymi przypisami, bez których tekst byłby dużo mniej zrozumiały. Dehnel nie wyjaśnia pojedynczych słów czy zwrotów, tylko od razu cały kontekst kulturowy. I robi to w wyśmienitym stylu. I tak już będę wiedział, że angielskie cabin to biedna chata murzyńska (tak, niuanse znaczeniowe słownictwa rasistowskiego także są tu ważne, jak w przypadku każdej z powieści Faulknera), ale tylko na Południu, bo na Północy cabin może być, powiedzmy, zrujnowaną altanką zamieszkaną przez białego pijusa, podczas gdy w stanie Mississipi to już byłoby oznaczane dumnie jako house. I tak dalej.
Dodajmy do tego świetne posłowie, w którym Dehnel omawia paralelę między życiem południowoamerykańskich plantatorów po wojnie secesyjnej a statusem polskiej szlachty wysadzonej z siodła. I zderza Niepokonanych (Niepokonane?) z tekstem Odojewskiego.
A sama powieść? Poskładana przez autora dość niedbale z wydanych wcześniej opowiadań, co w niczym nie przeszkadza, raczej nadaje jakiegoś smaczku ponowoczesności w tej zanurzonej w przeszłości fabule.
Mamy nastoletniego bohatera patrzącego na wojnę secesyjną z punktu widzenia małolata, który walczyć nie może, ale jednak musi dokonać aktu zemsty. Jest Babcia Rosa, która dokonuje czynów i heroicznych (walczy o ocalenie rodziny), i podłych (co prawda chce odzyskać zagrabiony majątek, ale dokonuje tego, handlując mułami pozyskiwanymi od Jankesów za pomocą sfałszowanego dokumentu). Jest wreszcie pułkownik Sartoris, wzorowany na pradziadku Faulknera (podobnie zresztą jak stary Sutpen z Absalomie, Absalomie), który jest jednocześnie i nadludzkim, homeryckim wręcz bohaterem, i podłym, złośliwym, agresywnym typem. I jest wreszcie symboliczne przerwanie kręgu przemocy przez bohatera-narratora, młodego Bayarda Sartorisa. I gra z rolami płciowymi jego kuzynki-kochanki-macochy.
I jeszcze parę innych ważnych spraw, których nie warto streszczać, bo trzeba przeczytać i tyle.
6/6
PS. Udało mi się niedawno dorwać kilka wczesnych płyt The Tear Garden — duetu Edwarda Ka-Spela z cEvinem Keyem (Skinny Puppy) plus znajomi z The Legendary Pink Dots jako goście. No uwielbiam. I proszę popatrzeć, płomyczki z okładki płyty Tired Eyes Slowly Burning wyglądają prawie tak samo, jak te ze środka nowego przekładu Niepokonanych. To, rzecz jasna, przypadek, ale jaki uroczy!


