Po “Światłości w sierpniu” w przekładzie Tarczyńskiego i “Gdy leżę, konając” Dehnela przyszedł czas na niegdysiejszy “Azyl” — dziś “Schronienie”. Trzysylabowe słowo lepiej brzmi, odpowiada rytmowi angielskiego “Sanctuary”. A jest to tytuł paradoksalny, bo u Faulknera schronienia przed złem po prostu nie ma.
Po pierwsze — przekład
Podobnie jak w przypadku poprzednich dwóch wznowień Faulknera, przekład jest pangenialny. Martwiłem się, że Dehnel z Tarczyńskim zawiesili poprzeczkę za wysoko, ale jednak Michał Tabaczyński (z ważniejszych rzeczy — tłumaczył wcześniej ciekawy zbiór Asortyment strapień Lydii Davis) pokazał wyjątkową klasę. Jego Schronienie to tekst tak duszny, intensywny i bogaty językowo, że powieść czyta się sama. Do zawrotu głowy.
Przede wszystkim Tabaczyński postawił na melodię języka, traktując tekst Faulknera niemal jak mroczny, duszny poemat prozą — podobnie jak Dehnel z Tarczyńskim. W Schronieniu bohaterka — ku swojemu nieszczęściu — natyka się na zwyrodnialców, mieszkających w jakiejś zrujnowanej chacie i pędzących tam bimber, stąd ich kaleki język. Trzeba było skądś wyciągnąć wyświechtane klisze językowe, którymi mogliby się tacy porozumiewać, stąd powtykane tu i ówdzie elementy gwar miejskich, jakieś jo wrzucone od czapy, albo moje ulubione tej, łachu rzucone w kierunku Tommy’ego (który zastanawia się, dlaczego normalnie wszyscy wołają na niego Tomi, a ten tutaj mówi mu Tejłach).
Wystarczy powiedzieć, że najgorszy z bimbrowników, zło ucieleśnione, oryginalnie nazywał się Popeye (bez skojarzeń z sympatycznym marynarzykiem), w poprzednim przekładzie — Wytrzeszcz, a u Tabaczyńskiego — Ślep. Taka to książka
Po drugie — dom zły
Podobno tekst Faulknera początkowo został pomyślany jako pulp fiction, żeby autor nie musiał zasuwać w kotłowni, ale się nie udało i kolejną książkę (Gdy leżę, konając) trzeba było pisać w robocie na odwróconej taczce. To by tłumaczyło stosunkowo prostą i wyjątkowo makabryczną fabułę. W skrócie: Temple Drake trafia do chaty bimbrowników, gdzie jej absztyfikant się urżnie w trupa i zostanie pobity, a ona zostanie brutalnie zgwałcona. Przy okazji Ślep zabije jednego z towarzyszy, w związku z czym zacznie się śledztwo i ktoś będzie musiał zapłacić głową. Osądzą nie tego faceta, jego kobita będzie przechodzić gehennę przy okazji uwięzienia i prób obrony, a Temple trafi do burdelu jako utrzymanka Ślepa.
Gdyby to kręcił Smarzowski, pewnie skupiłby się tylko na tym, co się dzieje w domu złym i pokazał w najdrobniejszych szczegółach wszystkie szczegóły. A jest co pokazywać, bo Ślep jest niezdolny do prawdziwego aktu seksualnego, więc gwałci Temple kolbą kukurydzy. Byłoby to wstrętne i tyle.
A Faulkner zrobił z tego arcydzieło o wadze i gęstości greckiej tragedii. Temple wyobrażająca sobie, że jest chłopcem, żeby Ślep jej nie zgwałcił, kierująca myśli do starego, ślepego człowieka (Boga Ojca), który jej nie widzi ani nie słyszy, bo ani nie może, ani nie chce, a wszystko to ZAMIAST dosłowności opisu gwałtu, którego na szczęście nie dostaniemy, ale do samej sceny będzie trzeba wrócić jeszcze kilkakrotnie, na przykład gdy podczas rozprawy do dowodów zostanie dołączona kukurydza z zakrzepłą krwią — już od tego tekst jest nabrzmiały do granic wytrzymałości.
A sceny w domu złym to tylko jakaś ćwiartka książki. Jest jeszcze obrona domniemanego mordercy (a właściwie śledztwo), wielowymiarowa przypowieść o przemocy indywidualnej i systemowej (np. losy kobiet), wreszcie metaforyczne obrazy zła (Ślep).
I dlatego Schronienie nie ma nic wspólnego ze słabym filmem.
Arcydzieło absolutne. Tylko dla czytelników o mocnych nerwach. Ja mam słabe i ciągle tę książkę odchorowuję. Warto było.
6/6
PS. Przy Vaderze się kiepsko czyta, ale znakomicie spaceruje po centrach handlowych w okresie przedświątecznym. A nastrój do Faulknera pasuje.

