Dom zły, czyli “Schronienie” Williama Faulknera

Schronienie
Po “Światłości w sierpniu” w przekładzie Tarczyńskiego i “Gdy leżę, konając” Dehnela przyszedł czas na niegdysiejszy “Azyl” — dziś “Schronienie”. Trzysylabowe słowo lepiej brzmi, odpowiada rytmowi angielskiego “Sanctuary”. A jest to tytuł paradoksalny, bo u Faulknera schronienia przed złem po prostu nie ma.

Po pierwsze — przekład

Podob­nie jak w przy­pad­ku poprzed­nich dwóch wzno­wień Faulk­ne­ra, prze­kład jest pan­ge­nial­ny. Mar­twi­łem się, że Deh­nel z Tar­czyń­skim zawie­si­li poprzecz­kę za wyso­ko, ale jed­nak Michał Taba­czyń­ski (z waż­niej­szych rze­czy — tłu­ma­czył wcze­śniej cie­ka­wy zbiór Asor­ty­ment stra­pień Lydii Davis) poka­zał wyjąt­ko­wą kla­sę. Jego Schro­nie­nie to tekst tak dusz­ny, inten­syw­ny i boga­ty języ­ko­wo, że powieść czy­ta się sama. Do zawro­tu głowy.

Przede wszyst­kim Taba­czyń­ski posta­wił na melo­dię języ­ka, trak­tu­jąc tekst Faulk­ne­ra nie­mal jak mrocz­ny, dusz­ny poemat pro­zą — podob­nie jak Deh­nel z Tar­czyń­skim. W Schro­nie­niu boha­ter­ka — ku swo­je­mu nie­szczę­ściu — naty­ka się na zwy­rod­nial­ców, miesz­ka­ją­cych w jakiejś zruj­no­wa­nej cha­cie i pędzą­cych tam bim­ber, stąd ich kale­ki język. Trze­ba było skądś wycią­gnąć wyświech­ta­ne kli­sze języ­ko­we, któ­ry­mi mogli­by się tacy poro­zu­mie­wać, stąd powty­ka­ne tu i ówdzie ele­men­ty gwar miej­skich, jakieś jo wrzu­co­ne od cza­py, albo moje ulu­bio­ne tej, łachu rzu­co­ne w kie­run­ku Tommy’ego (któ­ry zasta­na­wia się, dla­cze­go nor­mal­nie wszy­scy woła­ją na nie­go Tomi, a ten tutaj mówi mu Tejłach).

Wystar­czy powie­dzieć, że naj­gor­szy z bim­brow­ni­ków, zło ucie­le­śnio­ne, ory­gi­nal­nie nazy­wał się Popeye (bez sko­ja­rzeń z sym­pa­tycz­nym mary­na­rzy­kiem), w poprzed­nim prze­kła­dzie — Wytrzeszcz, a u Taba­czyń­skie­go — Ślep. Taka to książka

Po drugie — dom zły

Podob­no tekst Faulk­ne­ra począt­ko­wo został pomy­śla­ny jako pulp fic­tion, żeby autor nie musiał zasu­wać w kotłow­ni, ale się nie uda­ło i kolej­ną książ­kę (Gdy leżę, kona­jąc) trze­ba było pisać w robo­cie na odwró­co­nej tacz­ce. To by tłu­ma­czy­ło sto­sun­ko­wo pro­stą i wyjąt­ko­wo maka­brycz­ną fabu­łę. W skró­cie: Tem­ple Dra­ke tra­fia do cha­ty bim­brow­ni­ków, gdzie jej absz­ty­fi­kant się urżnie w tru­pa i zosta­nie pobi­ty, a ona zosta­nie bru­tal­nie zgwał­co­na. Przy oka­zji Ślep zabi­je jed­ne­go z towa­rzy­szy, w związ­ku z czym zacznie się śledz­two i ktoś będzie musiał zapła­cić gło­wą. Osą­dzą nie tego face­ta, jego kobi­ta będzie prze­cho­dzić gehen­nę przy oka­zji uwię­zie­nia i prób obro­ny, a Tem­ple tra­fi do bur­de­lu jako utrzy­man­ka Ślepa.

Gdy­by to krę­cił Sma­rzow­ski, pew­nie sku­pił­by się tyl­ko na tym, co się dzie­je w domu złym i poka­zał w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach wszyst­kie szcze­gó­ły. A jest co poka­zy­wać, bo Ślep jest nie­zdol­ny do praw­dzi­we­go aktu sek­su­al­ne­go, więc gwał­ci Tem­ple kol­bą kuku­ry­dzy. Było­by to wstręt­ne i tyle.

A Faulk­ner zro­bił z tego arcy­dzie­ło o wadze i gęsto­ści grec­kiej tra­ge­dii. Tem­ple wyobra­ża­ją­ca sobie, że jest chłop­cem, żeby Ślep jej nie zgwał­cił, kie­ru­ją­ca myśli do sta­re­go, śle­pe­go czło­wie­ka (Boga Ojca), któ­ry jej nie widzi ani nie sły­szy, bo ani nie może, ani nie chce, a wszyst­ko to ZAMIAST dosłow­no­ści opi­su gwał­tu, któ­re­go na szczę­ście nie dosta­nie­my, ale do samej sce­ny będzie trze­ba wró­cić jesz­cze kil­ka­krot­nie, na przy­kład gdy pod­czas roz­pra­wy do dowo­dów zosta­nie dołą­czo­na kuku­ry­dza z zakrze­płą krwią — już od tego tekst jest nabrzmia­ły do gra­nic wytrzymałości.

A sce­ny w domu złym to tyl­ko jakaś ćwiart­ka książ­ki. Jest jesz­cze obro­na domnie­ma­ne­go mor­der­cy (a wła­ści­wie śledz­two), wie­lo­wy­mia­ro­wa przy­po­wieść o prze­mo­cy indy­wi­du­al­nej i sys­te­mo­wej (np. losy kobiet), wresz­cie meta­fo­rycz­ne obra­zy zła (Ślep).

I dla­te­go Schro­nie­nie nie ma nic wspól­ne­go ze sła­bym filmem.

Arcy­dzie­ło abso­lut­ne. Tyl­ko dla czy­tel­ni­ków o moc­nych ner­wach. Ja mam sła­be i cią­gle tę książ­kę odcho­ro­wu­ję. War­to było.

6/6

PS. Przy Vade­rze się kiep­sko czy­ta, ale zna­ko­mi­cie spa­ce­ru­je po cen­trach han­dlo­wych w okre­sie przed­świą­tecz­nym. A nastrój do Faulk­ne­ra pasuje.

Dom zły, czy­li “Schro­nie­nie” Wil­lia­ma Faulknera
Facebooklinkedintumblrmail