Apokalipsa zwyczajna, czyli “Melancholia sprzeciwu” László Krasznahorkaiego

Melancholia sprzeciwu
Zupełnie nie rozumiałem, dlaczego polskim wydaniom Krasznahorkaiego przykleja się łatki sugerujące apokaliptyczny nastrój. Może poza Szatańskim tangiem, tam trochę tego nastroju było. Po lekturze Melancholii sprzeciwu już rozumiem.

W tej powie­ści mamy kom­plet­ny zapis wszyst­kich sta­diów kata­stro­fy, jak w Dżu­mie Camu­sa. Przy­po­mnia­ła mi się Dżu­ma, bo obie książ­ki w meta­fo­rycz­ny spo­sób poka­zu­ją eska­la­cję prze­mo­cy. Tym razem to nie woj­na, tyl­ko jakieś zamiesz­ki, cha­otycz­ny pogrom nie­wy­mie­rzo­ny w niko­go kon­kret­ne­go. Naj­pierw nie­po­ko­ją­ce symp­to­my, potem wybuch, kata­stro­fa, opad­nię­cie fali, roz­li­cze­nie się z win­ny­mi i roz­da­wa­nie kar na pokaz. I zbie­ra­nie resz­tek z wywró­co­ne­go stołu.

Pre­tek­stem jest przy­jazd cyr­ku z wypcha­nym (chy­ba) wie­lo­ry­bem i tajem­ni­czym Księ­ciem, któ­re­go nie­któ­rzy bio­rą za wcie­le­nie Sza­ta­na (chy­ba). A koń­czy się jak zawsze — gwał­ta­mi, pod­rzy­na­niem gar­deł, plą­dro­wa­niem skle­pów i pod­pa­la­niem budynków.

Jest to prze­stro­ga przed pogro­ma­mi dowol­ne­go typu i pod jaki­mi­kol­wiek przy­pad­ko­wy­mi (bo czym­że innym są rze­ko­me pod­szep­ty Złe­go) pre­tek­sta­mi. A że nie tyl­ko u Węgrów kipi pod pokryw­ką, może to być lek­tu­ra bar­dzo na cza­sie. Oby nie.

Co wię­cej? Jest to lite­ra­tu­ra trud­na, her­me­tycz­na, z zawi­ły­mi okre­sa­mi skła­dnio­wy­mi. Dla jed­nych miód, dla innych coś wybit­nie cięż­ko­straw­ne­go. Ja pro­zy pisa­nej sty­lem prze­zro­czy­stym nie cier­pię (ostat­nio czy­ta­łem Antro­po­lo­gów Savaş, co było kom­plet­ną stra­tą cza­su, więc nie pisa­łem o tym nic, żeby nie tra­cić cza­su jesz­cze bar­dziej), to byłem zado­wo­lo­ny. Jest cel­nie wymie­rzo­ny, zwy­kle w opor­tu­ni­stycz­nych karie­ro­wi­czów dążą­cych do wła­dzy (tutaj: głu­pią babę ste­ru­ją­cą zarzą­dza­niem kry­zy­sem w taki spo­sób, żeby dopo­móc swo­je­mu szczę­ściu w poli­ty­ce lokal­nej) zło­śli­wy humor. I są wywo­dzą­ce się z pro­zy moder­ni­stycz­nej eks­pe­ry­men­ty z for­mal­nym kształ­tem nar­ra­cji. A tak­że bły­sko­tli­wie prze­pro­wa­dzo­na dewa­lu­acja języ­ka poli­ty­ki i pro­pa­gan­dy, jak u poetów Nowej Fali.

I tak prze­ko­na­łem się do węgier­skie­go pisa­rza, bo wcze­śniej bywa­ło róż­nie (opo­wia­da­nia nie­rów­ne, Sza­tań­skie tan­go wspa­nia­łe, choć bar­dzo męczą­ce, Woj­na i woj­na beł­ko­tli­wa — tyl­ko kart­ko­wa­łem, ale dosta­łem porząd­ną rela­cję z lek­tu­ry). Pole­cam ser­decz­nie. Nie każ­de­mu, tyl­ko wymagającym.

6/6

PS. Na zdję­ciu w tle muzy­ka praw­dzi­wie apo­ka­lip­tycz­na, a jed­no­cze­śnie pięk­na. Ebo­la wro­cław­skiej Job Kar­my z 2003 roku, w reedy­cji Gus­staff Records z 2019. Sły­sza­łem Job Kar­mę na żywo, ze wstrzą­sa­ją­cy­mi wizu­ali­za­cja­mi (ani­ma­cja­mi), jakoś chwi­lę po pre­mie­rze Ebo­li. I to była zna­ko­mi­ta ilu­stra­cja do dowol­nej małej Apo­ka­lip­sy meta­fo­ry­zo­wa­nej przez Krasz­na­hor­ka­ie­go w Melan­cho­lii sprze­ci­wu.

Apo­ka­lip­sa zwy­czaj­na, czy­li “Melan­cho­lia sprze­ci­wu” Lász­ló Krasznahorkaiego
Facebooklinkedintumblrmail