Grzęznąc w błocie, czyli “Szatańskie tango” László Krasznahorkaiego

Szatańskie tango
Debiutancka powieść węgierskiego Noblisty ponownie po polsku. I dobrze, bo pierwsze wydania z W.A.B.-u fruwają po Internecie po dwie stówki i więcej, a jednak jest to proza trudna w lekturze, więc pewnie dotąd głównie się kurzyła.

Sza­tań­skie tan­go posia­da wszyst­kie cechy wiel­kiej powie­ści moder­ni­stycz­nej — ma mister­ną kon­struk­cję, poru­sza spra­wy waż­ne, jej boha­te­ro­wie są wiel­cy w swo­jej mało­ści, a wszyst­ko roz­gry­wa się w prze­strze­ni nie­mal­że mitycz­nej, choć pod­łej i plu­ga­wej. Ale też trze­ba dodać koniecz­nie, że czy­ta­nie tej książ­ki ozna­cza męki wyż­sze­go rzę­du. I już nawet nie cho­dzi o kilo­me­tro­we zda­nia (tę for­mu­łę Krasz­na­hor­kai posze­rzył póź­niej w opo­wia­da­niach zna­nych z tomu A świat trwa), ale o nagro­ma­dze­nie cier­pie­nia, nędzy, smro­du i okru­cień­stwa. Zagęsz­cze­nie tak moc­ne, że trud­no przyswajalne.

Weź­my choć­by sam pomysł na fabu­łę. Pija­ki z jakie­goś upa­dłe­go PGR‑u cze­ka­ją na powrót swo­je­go kole­gi, któ­ry kie­dyś odszedł i miał wró­cić, jak na Mesja­sza. Bo ma odmie­nić ich los. Ale to jest fał­szy­wy Mesjasz. Zna­my ten sche­mat fabu­lar­ny, Krasz­na­hor­kai wpro­wa­dza jed­nak coś nowe­go — nie­wia­ry­god­ne wręcz nagro­ma­dze­nie bez­na­dziei, bru­du i smrodu.

Spo­rzą­dza­ją­cy coś na kształt kro­ni­ki tej gro­ma­dy dok­tor chle­je palin­kę cały­mi szklan­ka­mi, a gdy ma oka­zję jakoś pomóc nie­szczę­śli­wej, debi­lo­wa­tej dziew­czyn­ce cze­pia­ją­cej się despe­rac­ko jego płasz­cza, wywa­la się w bło­to. Ta sama dziew­czyn­ka znę­ca się nad kotem, a gdy uzna­je, że prze­kro­czy­ła jakąś egzy­sten­cjal­ną gra­ni­cę cier­pie­nia (swo­je­go, kota, a może oboj­ga) — wykań­cza go trut­ką na szczu­ry, resz­tę tru­ci­zny dzie­li na pół, zja­da poło­wę, a resz­tę zosta­wia bra­tu. Fał­szy­wy Mesjasz wyko­rzy­stu­je to jako mistycz­ny znak do wyj­ścia całej gro­ma­dy z prze­klę­tej wio­ski na fol­wark — do Zie­mi Obie­ca­nej, w któ­rej nikt nie znaj­dzie praw­dzi­we­go odku­pie­nia. A wszyst­ko to grzęź­nie w bło­cie, pora­sta ple­śnią albo dusi się w opa­rach ohyd­nej palinki.

Teraz szklan­ka (bim­bru) do poło­wy peł­na: cała histo­ria roz­gry­wa się jed­no­cze­śnie na pla­nie zadu­pia (upa­dły węgier­ski PGR) i na pla­nie mitu, jak w świe­cie Faulk­ne­ra. Czy­ta­jąc Sza­tań­skie tan­go odno­si­my wra­że­nie, że skrę­ci­li­śmy w bocz­ną odno­gę cza­su, jak Schul­za, choć bynaj­mniej nie jest to genial­na epo­ka, a jej rewers. Poza węgier­skim pisa­rzem tyl­ko Olga Tokar­czuk w Księ­gach Jaku­bo­wych z taką kla­są zre­in­ter­pre­to­wa­ła mit fał­szy­we­go Mesja­sza. No i gdy­by Krasz­na­hor­kai był Pola­kiem, jego debiut z mar­szu tra­fił­by do kano­nu za sam motyw tań­ca jako sym­bo­lu mara­zmu i bez­na­dziei, w stan­dar­do­wej wyli­czan­ce Wyspiański-Mrożek-Wajda. No i dobrze, że nie jest, było­by to zbyt oczywiste.

Czy­li jest tak: arcy­dzie­ło, któ­re­go lek­tu­ra przy­po­mi­na popi­ja­nie anty­bio­ty­ku bim­brem. Tyl­ko dla orłów. Cie­kaw jestem, ilu czy­tel­ni­ków ugrzęź­nie w tym bło­cie. Ja się wygrze­ba­łem i jestem mniej wię­cej zadowolony.

5/6

PS. Na zdję­ciu zeschłe kwia­ty, wstręt­ny pla­sti­ko­wy ptak do znie­chę­ca­nia praw­dzi­wych pta­ków, poznań­ski smog (nie widać) i wspa­nia­ła pły­ta The Legen­da­ry Pink Dots w wyda­niu SPV — cała seria cha­rak­te­ry­zo­wa­ła się tym, że wyko­rzy­sta­no odpy­cha­ją­ce gra­fi­ki Bek­siń­skie­go. Pły­ta koń­czy się utwo­rem This Could Be The End, w któ­rym Edward Ka-Spel krzy­czy: Twój ból jest tyl­ko i wyłącz­nie Twój, jak było, jest i będzie na wie­ki amen. Moim zda­niem to dobry sound­track do Sza­tań­skie­go tan­ga. Ewen­tu­al­nie też jakiś wcze­sny Dark­th­ro­ne, ale nie mam nic na cedeczku.

Grzę­znąc w bło­cie, czy­li “Sza­tań­skie tan­go” Lász­ló Krasznahorkaiego
Facebooklinkedintumblrmail