
Oryginalny tytuł tego zbiorku jest chyba nieprzetłumaczalny — Bear Down, Bear North. Alaska Stories. Przemawia do mnie, niesie w sobie świeżutkie zderzenie znaczeń.
I chyba dobrze oddaje charakter prozy Moustakis, której siła tkwi w kalamburze i nieoczywistych konstrukcjach opowiadań. Ich tematem jest w końcu tzw. prawdziwe życie, tak mocno we współczesnej prozie przereklamowane. I dlatego pisarka pochodząca z Alaski wychodzi z literackiego pojedynku ze zwykłym życiem zwycięsko.
Bo niby o czym te krótkie formy traktują? O dorastaniu w ubogiej rodzinie na Północy, jakichś relacjach przemocowych (zwłaszcza z ojcem, typowym twardym facetem), o niezrozumieniu dla matki, które później przeradza się w coś na kształt podziwu dla bohaterki niemal heroicznej, o dziecięcych zabawach, nie zawsze bezpiecznych, o pijaństwie brata, wreszcie o własnej rodzinie i awanturach z dorastającą młodzieżą. Tzw. zwykłe życie, o którym można napisać przezroczyście, byle jak, a można napisać w sposób sugestywny, wyrazisty, jak w opowiadaniach zebranych w niniejszym tomiku.
Najbardziej podobał mi się koncept z opowiadania ostatniego, w którym obrazki z życia codziennego, takie jak kłótnia z pyskatą, dorastającą córką, wtłoczone zostały w ramy alaskańskich zawodów drwali, w ramach których np. rąbie się kłodę drzewa, na której się stoi. I pojawiający się chyba w dwóch tekstach z manekinem na haczyki do wędek.
O co chodzi? Pani lekarka na oddziale w szpitalu ma takiego manekina, w którego wbija każdy haczyk wyjęty z ciała jakiegoś pacjenta. Tam, gdzie był wbity w pacjenta, tam też trafia w manekina. Największe wrażenie robi haczyk tkwiący w oku manekina. Tylko jest taki problem, że już się kończą miejsca na kolejne haczyki, więc trzeba będzie kupić nowego manekina.
4,5/6
PS. Płyta zespołu Unleashed Cooperation nie ma absolutnie nic wspólnego z alaskańskimi opowiadaniami Melindy Moustakis. Ale i jedno, i drugie charakteryzuje się śliczną okładką. Miło się trzyma w ręku, lubię oglądać takie ładne rzeczy.
A z płytą to było tak, że zupełnie niespodziewanie trafiłem na niezapowiadany chyba wcześniej za bardzo, darmowy koncert w niedawno otwartym klubie jazzowym Roose w Poznaniu (twierdzą, że będą klubem jazzowym). Chłopaki grali kapitalnie, a ja sobie kupiłem od nich obie wydane przez Multikulti płytki, które do tego fantastycznie brzmią. Tak trzeba żyć.
