Sztuka znikania, czyli “Równiny” Geralda Murnane’a

“Równiny” Geralda Murnane’a
Stylowo wydana (lubię ten design w stylu AGFA, wczesne lata 80.) i pięknie spolszczona powieść z australijskich równin. A właściwie nie australijskich, tylko jakichś wyobrażonych. A może nawet i nie równin.

Fabu­lar­ny punkt wyj­ścia jest pre­tek­sto­wy. Ambit­ny fil­mo­wiec jedzie do austra­lij­skie­go inte­rio­ru, na ich­nie rów­ni­ny, przy­po­mi­na­ją­ce te ame­ry­kań­skie (Ska­wiń­ski z Latar­ni­ka mówił: prze­sze­dłem pie­cho­tą „ple­ny”), żeby nakrę­cić mate­riał o ich miesz­kań­cach, zwy­cza­jach, isto­cie. Wni­ka w śro­do­wi­sko zie­mian, ultra­bo­ga­tych laty­fun­dy­stów, wśród któ­rych szu­ka mece­na­sa i pośród któ­rych zdo­by­wa doświad­cze­nie — nie ma jed­nych rów­nin, nie ma jed­nej isto­ty inte­rio­ru, każ­da kon­cep­cja jest dia­lek­tycz­nie sprzecz­na z inną, pozo­sta­je jedy­nie zatra­ce­nie się w bezkresie.

Co wię­cej, nie ma żad­nych laty­fun­dy­stów, tyl­ko jakieś umow­ne figu­ry. Ani praw­dzi­wych rów­nin — są wyobra­żo­ne. Ani fil­mu. Jest czło­wiek z apa­ra­tem bez kli­szy w środ­ku. Figu­ra, do któ­rej pisarz odzie­ra tekst. Kaf­ka? Bec­kett? To tyl­ko luź­ne sko­ja­rze­nia, powieść jest cał­ko­wi­cie ory­gi­nal­na. Jeśli już coś przy­po­mi­na, to final­ną sce­nę z Powięk­sze­nia Anto­nio­nie­go. W fil­mie nie było pił­ki, w książ­ce nie ma nawet filmu.

Dla­cze­go war­to prze­czy­tać? Bo genial­ne języ­ko­wo spo­lsz­cze­nie autor­stwa Toma­sza S. Gałąz­ki (ostat­nio zachwy­ca­łem się jego prze­kła­dem Kró­la w żół­ci) to sama radość, a prze­cież moc pro­zy Murnane’a bie­rze się nie tyl­ko z meta­fi­zycz­nej wizji wyobra­żo­nych rów­nin, ale w rów­nej mie­rze z języ­ka (np. tłu­macz w posło­wiu mówi o tym, jak autor powta­rzał przy­im­ki w zda­niu, naprze­mien­nie on i of, dla wywo­ła­nia swo­iste­go ryt­mu). Przy­jem­ność tek­stu bie­rze się tu choć­by z budo­wy zdań, kunsz­tow­nej, mistrzow­skiej, spra­wia­ją­cej, że nar­ra­cja jest hip­no­ty­zu­ją­ca. Co za roz­kosz po książ­kach byle jak pisa­nych i byle jak przekładanych.

Tyl­ko taka uwa­ga: z tyłu ksią­żecz­ki stoi tłu­stym dru­kiem, że jest to kul­to­wa powieść kan­dy­da­ta do lite­rac­kiej Nagro­dy Nobla. To do tej nagro­dy są jacyś kan­dy­da­ci? Myśla­łem, że tyl­ko Murakami.

4,5/6 (powiedz­my)

PS. Jako ścież­kę dźwię­ko­wą do czy­ta­nia powie­ści o wyobra­żo­nych rów­ni­nach poka­za­nych w nie­na­krę­co­nym fil­mie pro­po­nu­ję pły­tę Cata­lo­gue des Arbres Jacasz­ka, na któ­rej znaj­du­je się muzy­ka chy­ba dobrze kore­spon­du­ją­ca for­mal­nie. Z dźwię­ków gene­ro­wa­nych przez kwar­tet Kwar­tlu­dium, mate­ria­łu zebra­ne­go jako field recor­ding, a w dwóch nagra­niach tak­że kame­ral­ne­go chó­ru Jaca­szek uło­żył kon­struk­cje, któ­re mia­ły odda­wać muzy­kę wyobra­żo­nych drzew. Takie dźwię­ko­we por­tre­ty tych­że drzew. Przy czym mate­riał został tak zmik­so­wa­ny, że trud­no poznać skład­ni­ki. Napraw­dę tam jest jakiś chór? Wyglą­da mi to na dokład­ną odwrot­ność dzie­ła boha­te­ra Rów­nin, któ­re prze­cież nie powsta­ło. Aha, rów­ni­ny są ste­po­we, na ste­pach nie ma drzew.

Sztu­ka zni­ka­nia, czy­li “Rów­ni­ny” Geral­da Murnane’a
Facebooklinkedintumblrmail
Tagged on: