Klasyka zawsze grzeje, czyli “Klub Dumas” Artura Péreza-Revertego

Klub Dumas
Jakoś nie mogłem się oprzeć. Ładna, przyjemna w dotyku okładka z diabołem, a ArtRage przyzwyczaiło mnie, że wszystkie książki wydaje porządnie, a nie, że na papierze toaletowym i z wystającym klejem.

Ale też oba­wia­łem się, że nic z tego nie będzie. Że jestem za sta­ry na tę histo­rię. Że Artu­ro Pérez-Reverte mógł pory­wać pod koniec zeszłe­go tysiąc­le­cia, na fali mody na Umber­to Eco (no kła­nia się), realizm magicz­ny i fik­cje Śle­pe­go Biblio­te­ka­rza, a dziś to się oka­że pre­ten­sjo­nal­ne, nadę­te (zresz­tą, taka ta moda była). I że w ogó­le ten Klub Dumas to prze­re­kla­mo­wa­na książ­ka, jak Mag.

Może i prze­re­kla­mo­wa­na, ale cią­gle grze­je. Nie wiem, któ­re to już pol­skie wyda­nie, ale książ­ka to samo­graj, pew­nie ArtRej­dżo­wi pomo­że odkuć się po paru lep­szych, ale nie­po­pu­lar­nych tytu­łach. Pew­nie, niech to się tak kręci.

Co w tej książ­ce grze­je? Po pierw­sze — no wia­do­mo, jest poskle­ja­na z odnie­sień do kla­sy­ki lite­ra­tu­ry, tych wszyst­kich powie­ści w odcin­kach, nie tyl­ko Alek­san­dra Dumas, ale jesz­cze paru innych. Poja­wia się dziew­czy­na, co się przed­sta­wia jako Ire­ne Adler i do koń­ca książ­ki nic nie wska­zu­je na to, że nazy­wa się ina­czej. No fantastycznie.

Ale po dru­gie — język. Żywy, z wypie­ka­mi i humo­rem, kapi­tal­nie prze­ło­żo­ny przez Łobo­dziń­skie­go (zaczy­nam dobie­rać sobie lek­tu­ry według klu­cza tłu­ma­czy i to mnie cie­szy, a Łobo­dziń­ski jest w czo­łów­ce, razem ze Świer­koc­kim). Zaraz zaczną wycho­dzić książ­ki pisa­ne przez AI i prze­kła­da­ne przez AI, wte­dy będzie­my takie powie­ści ścią­gać z półek i czy­tać po raz kolej­ny. Dobra inwestycja.

Do tego docho­dzi kil­ka mistrzow­skich tric­ków, takich jak nar­ra­tor zło­śli­wy (kocham takich) i prze­pis na prze­bój goto­wy. Wdo­wy dzie­lą się na nie­po­cie­szo­ne i takie, do któ­rych każ­dy męż­czy­zna spie­szył­by natych­miast z pocie­chą — tekst iskrzy się od takich smaczków.

A że są takie sce­ny i całe roz­wią­za­nia fabu­lar­ne, któ­re moż­na ska­ta­lo­go­wać gdzieś pomię­dzy Efek­ciar­skie a Głup­ko­wa­te — no trud­no. Czy nie taka była powieść przy­go­do­wa w odcin­kach, na któ­rej autor się wzorował?

Dla porząd­ku — Polań­ski w Dzie­wią­tych wro­tach wyko­rzy­stał tyl­ko ścież­kę dia­bel­ską, a zre­zy­gno­wał z nawią­zań do Trzech musz­kie­te­rów. W powie­ści są to wąt­ki rów­no­rzęd­ne. Teraz, po latach, ten opar­ty na Duma­sie — chy­ba ciekawszy.

4/6

PS. Jak Sza­ta­ny i Bestie, to The Num­ber Of The Beast. U Ajro­nów to też była kon­wen­cja. Pasuje.

Kla­sy­ka zawsze grze­je, czy­li “Klub Dumas” Artu­ra Péreza-Revertego
Facebooklinkedintumblrmail
Tagged on: