Piana w brodzie, czyli piwo w literaturze polskiej i czeskiej

piwo w literaturze

Vla­di­mir, Bon­dy i ja tak bar­dzo lubi­li­śmy piwo, że gdy przy­no­szo­no nam do sto­łu po pierw­szym kuflu, wpra­wia­li­śmy w popłoch całą gospo­dę, nabie­ra­li­śmy pia­ny w dło­nie i nacie­ra­li­śmy nią sobie twa­rze, wcie­ra­li­śmy pia­nę we wło­sy jak Żydzi, któ­rzy sma­ru­ją pej­sy wodą z cukrem, a że przy dru­gim piwie powta­rza­li­śmy ten zabieg z pia­ną, świe­ci­li­śmy się i pach­nie­li­śmy piwem na kilo­metr. Przede wszyst­kim jed­nak – to były wygłu­py – był to wyraz nasze­go zachwy­tu piwem, nie­okieł­zna­ne­go zachwy­tu tym, że jeste­śmy mło­dzi: taką pochwa­łę piwa wygła­sza Bohu­mil Hra­bal w zna­ko­mi­tym Czu­łym bar­ba­rzyń­cy. O wcie­ra­niu pia­ny we wło­sy i bro­dy po raz pierw­szy usły­sza­łem od przy­ja­cie­la, wiel­kie­go entu­zja­sty piwa, po przej­ściu przez góry na sło­wac­ką stro­nę – w jakiejś pod­łej knaj­pie pośrod­ku nicze­go, ser­wu­ją­cej jed­nak zdu­mie­wa­ją­co dosko­na­łe piwo. Napraw­dę mie­li­śmy ocho­tę tak zro­bić, powstrzy­ma­ło nas jakieś głę­bo­ko zagnież­dżo­ne uprze­dze­nie – ale jak to? Piwo w bro­dę? Kto to widział? I wła­śnie o tym chciał­bym Wam dzi­siaj opo­wie­dzieć – jak to jest, że Pola­cy i Cze­si tak róż­nią się w wyra­ża­niu rado­ści zwią­za­nej z piciem dosko­na­łe­go piwa? I co o piciu piwa (oraz wszyst­kim, co się z tym piciem piwa wią­że) mówią pol­scy i cze­scy pisa­rze? Pomo­że nam w tym kil­ka nie­złych, a w znacz­nej więk­szo­ści dosko­na­łych ksią­żek – wybór jest moc­no subiek­tyw­ny i z pew­no­ścią nie­kom­plet­ny, dla­te­go pro­po­nu­ję potrak­to­wać go jako zapro­sze­nie do dal­szej przy­go­dy. Bo piwo w lite­ra­tu­rze to temat rów­nie cie­ka­wy, co sze­ro­ki.

Na początku było piwo

Wystar­czy pobież­ny choć­by rzut okiem na lite­ra­tu­rę pol­ską by zauwa­żyć, że prze­cięt­ny Polak nie potra­fi cie­szyć się piwem tak jak jego połu­dnio­wy sąsiad. Cze­si piją piwo rado­śnie, eks­ta­tycz­nie, w dużych ilo­ściach i ze sma­kiem. Polak też pije dużo, ale raczej na smut­no, z poczu­ciem winy, zazdrosz­cząc bogat­szym od sie­bie kole­gom tego, że stać ich na dobre wino. Taki wła­śnie ste­reo­typ wywo­dzi się bez­po­śred­nio z kul­tu­ry szla­chec­kiej, któ­ra sta­ła winem (przede wszyst­kim węgrzy­nem) i wód­ką. Szlach­ci­co­wi raczej nie przy­stoi pić piwa – napo­ju chło­pów pra­cu­ją­cych w polu i rze­mieśl­ni­ków – chy­ba że dla kura­żu po dłu­giej uczcie. Nato­miast piwo, któ­re­go nazwa w pra­sło­wiańsz­czyź­nie ozna­cza­ła dosłow­nie „to, co się pije, napi­tek, napój”, trak­to­wa­ne było jako napój gor­szy, pośled­ni. Pra­cu­ją­cy w polu chło­pi chło­dzi­li się piwem już od głę­bo­kie­go śre­dnio­wie­cza, a napój ten był sła­by (ok. 2% alko­ho­lu) i mało wykwint­ny. Za to pożyw­ny i bez­piecz­ny dla orga­ni­zmu, cze­go nie moż­na było powie­dzieć o wodzie, peł­nej drob­no­ustro­jów wywo­łu­ją­cych groź­ne cho­ro­by.

Cha­rak­te­ry­stycz­ną dla pol­skiej kul­tu­ry dwor­skiej, a póź­niej szla­chec­kiej nie­chęć do piwa moż­na dostrzec już w Kro­ni­ce pol­skiej Gal­la Ano­ni­ma. Otóż Piast czę­stu­je piwem gości uczest­ni­czą­cych w postrzy­ży­nach swo­je­go jedy­ne­go syna, Sie­mo­wi­ta. I jest moc­no zakło­po­ta­ny, bo nie ma nic inne­go. Jest bar­dzo ubo­gi – ma tyl­ko beczuł­kę piwa i jed­ne­go pro­sia­ka:

a przy­by­sze zapy­ta­li, czy mają co do picia, gościn­ny oracz odpo­wie­dział: “Mam ci ja beczuł­kę [dobrze] sfer­men­to­wa­ne­go piwa, któ­re przy­go­to­wa­łem na postrzy­ży­ny jedy­ne­go syna, jakie­go mam, lecz cóż zna­czy taka odro­bi­na? Wypij­cie je, jeśli wola!” (…) Goście tedy każą spo­koj­nie Pia­sto­wi nale­wać piwo, bo dobrze wie­dzie­li, że przez picie nie ubę­dzie go, lecz przy­bę­dzie. I tak cią­gle mia­ło przy­by­wać piwa, aż napeł­nio­no nim wszyst­kie wypo­ży­czo­ne naczy­nia, a nato­miast ci, co uczto­wa­li u księ­cia, zna­leź­li [swo­je naczy­nia] puste.

Postrzyżyny u Piasta
Postrzy­ży­ny u Pia­sta

Piwa przy­by­wa­ło dzię­ki woli tajem­ni­czych gości, któ­rzy oka­za­li się anio­ła­mi, a ród Pia­sta miał spra­wo­wać wła­dzę nad zie­mia­mi pol­ski­mi. Sce­na postrzy­żyn jest – mimo moc­no sygna­li­zo­wa­ne­go ubó­stwa Pia­sta – nie­zwy­kle rado­sna, to jeden z naj­bar­dziej pozy­tyw­nych frag­men­tów w pol­skiej lite­ra­tu­rze chwa­lą­cych picie piwa. Ale mamy wra­że­nie, że kolej­ni boha­te­ro­wie Gal­la – trzej Bole­sła­wo­wie – będą nad piwo przed­kła­da­li wino, wód­kę i miód.

I słusz­nie, bo już w XVIII‐wiecznym Opi­sie oby­cza­jów i zwy­cza­jów pol­skich za pano­wa­nia Augu­sta III naj­słyn­niej­si pija­cy Rze­czy­po­spo­li­tej będą podej­mo­wa­li swo­ich gości moc­niej­szym alko­ho­lem. Jak słyn­ny magnat Adam Mała­chow­ski, któ­ry każ­de­go gościa witał pół­to­ra­li­tro­wym kie­li­chem wina. Dow­cip pole­gał na tym, że nie­szczę­śnik musiał wypić cały kie­lich dusz­kiem, w innym przy­pad­ku dole­wa­no mu ponow­nie do peł­na. Nie­je­den wizy­ta­tor padał jesz­cze w pro­gu. Czy taka roz­pu­sta była­by moż­li­wa z poczci­wym piwem cięż­ko pra­cu­ją­ce­go, dobre­go gospo­da­rza Pia­sta? Może porzu­ce­nie pro­ste­go napit­ku, któ­rym Piast ura­czył gości, na rzecz dro­gich węgrzy­nów i moc­nej wód­ki było jed­nym z symp­to­mów upad­ku Rze­czy­po­spo­li­tej?

Nie doce­nił też piwa Adam Mic­kie­wicz w epo­pei naro­do­wej. O winie, mio­dach i wód­kach prze­czy­ta­my w niej spo­ro (np. o wód­ce gdań­skiej z płat­ka­mi zło­ta – skąd­inąd pro­du­ko­wa­nej przez Niem­ców), ale piwo poja­wia się spo­ra­dycz­nie, jako skład­nik zupy lub napój pity przez kobie­ty na śnia­da­nie. W dodat­ku jest to piwo wyjąt­ko­wo mało ape­tycz­ne, poda­wa­ne na gorą­co, zabie­la­ne śmie­ta­ną:

Panie star­sze już wcze­śniej wstaw­szy piły kawę,

Teraz dru­gą dla sie­bie zro­bi­ły potra­wę:

Z gorą­ce­go, śmie­ta­ną bie­lo­ne­go piwa,

W któ­rym twa­róg gru­zła­mi posie­ka­ny pły­wa.

W "Panu Tadeuszu" piwo ma kiepski rating
W “Panu Tade­uszu” piwo ma kiep­ski rating

Cho­ciaż jest w Panu Tade­uszu sce­na bar­dziej ega­li­tar­na, w któ­rej Ger­wa­zy zrów­nu­je piwo z mio­dem i wód­ką:

Idą w karcz­mę, Ger­wa­zy wspo­mniał daw­ne cza­sy,

Kazał sobie trzy podać od kon­tu­szów pasy,

Na nich ze skle­pu karcz­my becz­ki wydo­by­wa

Trzy: jed­ną mio­du, dru­gą wód­ki, trze­cią piwa.

Wyjął gwoź­dzie, wnet z szu­mem try­snę­ły trzy stru­gi:

Jeden bia­ły jak sre­bro, krwaw­ni­ko­wy dru­gi,

Trze­ci żół­ty; tro­istą gra­ją w górze tęczą,

A spa­da­jąc w sto kub­ków, we sto szkla­nek brzę­czą.

Szko­da tyl­ko, że jest to sce­na, po któ­rej nastą­pi zajazd na Sopli­co­wo – sym­bol upad­ku i degren­go­la­dy Rze­czy­po­spo­li­tej szla­chec­kiej. W księ­dze ostat­niej, Kochaj­my się, uka­zu­ją­cej powrót do porząd­ku, sąsiedz­kiej zgo­dy i jed­no­ści naro­do­wej, pije się róż­ne gatun­ki win, a cała epo­pe­ja koń­czy się sło­wa­mi: I ja tam z gość­mi byłem, miód i wino piłem, / A com widział i sły­szał, w księ­gi umie­ści­łem. O piwie zno­wu ani sło­wa.

Niedokończona rehabilitacja piwa w literaturze

Ary­sto­kra­cja nie umia­ła doce­nić piwa, i to nie tyl­ko w Pol­sce. Za to reha­bi­li­ta­cję zło­te­go trun­ku przy­no­si kul­tu­ra miesz­czań­ska, któ­rej naj­waż­niej­szym dzie­łem była wiel­ka powieść reali­stycz­na. Piwo trium­fal­nie wra­ca na kar­ty lite­ra­tu­ry róż­nych naro­dów – np. w Anglii pisze o nim Dic­kens (hek­to­li­try ale’a leją się w Klu­bie Pic­kwic­ka, zwłasz­cza wśród boha­te­rów dru­go­pla­no­wych, bo zaro­zu­mia­ły Pic­kwick woli grog), a w Pol­sce Bole­sław Prus. Tak jest, piwo gości na kar­tach Lal­ki już od pierw­szych stron – plot­kom o karie­rze Wokul­skie­go przy­słu­chu­je­my się zwy­kle wraz z Rzec­kim przy piw­ku w knaj­pie (zresz­tą pierw­szy roz­dział powie­ści brzmi Jak wyglą­da fir­ma J. Min­cel i S. Wokul­ski przez szkło bute­lek?). Nie­ste­ty, nie­wie­le dowia­du­je­my się od Pru­sa o sma­ku i gatun­ku piwa (a szko­da!), w dodat­ku Rzec­ki cho­dzi do piwiar­ni z wyraź­nym poczu­ciem winy – w koń­cu to roman­tyk wycho­wa­ny na szla­chec­kich mrzon­kach, wolał­by pić wód­kę na wese­lu Tade­usza i Zosi niż piwo w piw­ni­cy Hop­fe­ra w War­sza­wie, pod­czas gdy Stach Wokul­ski sprze­da­je sklep. Trze­ba jed­nak Pru­so­wi przy­znać, że przy­naj­mniej czę­ścio­wo uda­ło mu się zre­ha­bi­li­to­wać piwo. Jak poka­że doświad­cze­nie kolej­nych poko­leń, nie było to wca­le pro­ste.

Rzecki upija się raczej na smutno
Rzec­ki upi­ja się raczej na smut­no

Powieść moder­ni­stycz­na gło­si rado­sną pochwa­łę piwa. A przy­naj­mniej kil­ka z jej naj­waż­niej­szych inkar­na­cji. W Ulis­se­sie Joyce’a Guiness nazwa­ny jest piwem pie­ni­stym, ciem­nym jak heban, któ­re szla­chet­ni bra­cia bliź­ni Bun­gi­ve­agh i Bun­gar­di­laun warzą wie­ku­iście w swych boskich kadziach, prze­myśl­ni jako syno­wie nie­śmier­tel­nej Ledy. Nato­miast w Cza­ro­dziej­skiej górze Man­na Hans Castorp pija do śnia­da­nie koź­la­ka (cho­ciaż z począt­ku maru­dzi, że nie ma jego ulu­bio­ne­go por­te­ru): piwo kulm­ba­cheń­skie (…) było gęste, czar­ne, z brą­zo­wą pia­ną i dosko­na­le zastę­po­wa­ło por­ter. Boha­ter Man­na lubi cele­bro­wać swo­je posił­ki, dla­te­go wybór odpo­wied­nie­go piwa jest dla nie­go taki waż­ny, w koń­cu miło­śnik dobrych cygar nie będzie pił byle cze­go. Kulm­ba­cher bock na szczę­ście jest dla nie­go wystar­cza­ją­co dobry.

Nie­ste­ty, pol­skie piwo jest wyraź­nie gor­sze od nie­miec­kie­go koź­la­ka i dubliń­skie­go sto­uta. W Syzy­fo­wych pra­cach Żerom­skie­go pite jest piwo droz­dow­skie (bro­war poło­żo­ny nie­da­le­ko Łom­ży, któ­re­go tra­dy­cje kon­ty­nu­uje wła­śnie bro­war Łom­ża – powo­łu­ję się na Lite­rac­ki alma­nach alko­ho­lo­wy Alek­san­dra Przy­byl­skie­go). Od II poło­wy XIX wie­ku warzo­no tam piwo mar­co­we i lage­ra. Chy­ba jed­nak Żerom­skie­mu nie sma­ko­wa­ło, bo w swo­jej powie­ści pisał, że piwo mia­ło smak kwa­śne­go sopo­ru z ogór­ków, a tem­pe­ra­tu­rę z gościń­ca w dzień upal­ny. Czyż­by prze­cięt­na pol­ska karcz­ma na prze­ło­mie XIX i XX wie­ku ofe­ro­wa­ła zwy­kle cie­płe, skwa­śnia­łe piwo?

Piwo drozdowskie
Piwo droz­dow­skie Żerom­skie­mu nie sma­ko­wa­ło

Polska – Czechy 1:4

I w tym momen­cie docho­dzi­my do naj­więk­sze­go kul­tu­ro­we­go feno­me­nu zwią­za­ne­go z piwem i lite­ra­tu­rą pol­ską – jak to jest moż­li­we, że cier­pi­my na piw­ne kom­plek­sy (przy­naj­mniej w pol­skiej lite­ra­tu­rze, w któ­rej pije się z regu­ły piwo nie­do­bre, w ogrom­nym poczu­ciu winy), pod­czas gdy nasi naj­bliż­si sąsie­dzi mają do tego zgo­ła odmien­ny sto­su­nek? Załóż­my, że kul­tu­rę picia piwa po pol­sku i po nie­miec­ku wię­cej dzie­li niż łączy – to potra­fi­my sobie jakoś histo­rycz­nie i kul­tu­ro­wo wytłu­ma­czyć. Ale co z Cze­cha­mi? Czy nie powin­ni­śmy od cza­su do cza­su wyrwać się z sąsiadem‐krewniakiem na piwo?

Od razu wyja­śnij­my to sobie – nawet w lite­ra­tu­rze cze­skiej zda­rza się cza­sa­mi złe piwo. Jaro­slav Hašek w Szwej­ku pisze na przy­kład, że jeden bro­war na Malej Stra­nie pro­du­ko­wał piwo tak nie­do­bre, że przy­po­mi­na­ło wodę z Wełta­wy. Ale w tym samym Szwej­ku znaj­du­je­my nie­zli­czo­ne opi­sy eks­ta­tycz­nych wyże­rek i popi­jaw, wśród któ­rych wspa­nia­łe piwo poja­wia się wie­lo­krot­nie – zwłasz­cza wiel­ko­po­po­wic­kie, któ­re­go tra­dy­cję kon­ty­nu­uje dziś Kozel. Mała prób­ka sty­lu: Balo­un wła­śnie opo­wia­dał, jak to u nich we mły­nie każ­dy trzy­mał butel­kę we stud­ni. Piwo było tak zim­ne, że zęby cier­pły. W innych mły­nach takim piwem zapi­ja­no wie­czo­rem twa­róg ze szczy­pior­kiem.

Szwejk lubi wszystko, ale najbardziej zimne
Szwejk lubi wszyst­ko, ale naj­bar­dziej zim­ne

Ale to jesz­cze nic w porów­na­niu z pro­zą Hra­ba­la. Nie­zli­czo­ne peany na cześć piwa moż­na zna­leźć i we wcze­snych opo­wia­da­niach, i w Czu­łym bar­ba­rzyń­cy, i w cyklu nym­bur­skim (od Postrzy­żyn po Skar­by świa­ta całe­go). Wła­ści­wie trud­no zna­leźć tekst Hra­ba­la, w któ­rym nie było­by pochwa­ły picia piwa. Co praw­da trud­no dowie­dzieć się od pisa­rza, co takie­go piją jego boha­te­ro­wie – w Postrzy­ży­nach Pan Ber­na­dek porów­nu­je zło­te wło­sy głów­nej boha­ter­ki do piwa pil­zneń­skie­go, zazwy­czaj jed­nak mowa jest o bli­żej nie­okre­ślo­nych dzie­siąt­kach, jede­nast­kach i dwu­nast­kach, nale­wa­nych przez bar­ma­nów do kufli i szkla­nek, ale też do baniek na mle­ko, wia­der i kone­wek. A pije się to piwo ze szcze­gól­nym namasz­cze­niem, nawet jeże­li dzie­je się to codzien­nie i w zbyt dużych ilo­ściach. Wystar­czy wspo­mnieć, jak pije Egon Bon­dy w Czu­łym bar­ba­rzyń­cy: tak, by piwo cie­kło mu po bro­dzie, i zanim nato­czy­li mu następ­ny kufel, wysy­sał z bro­dy reszt­ki piwa. Boha­ter­ka Postrzy­żyn pod­czas pra­cy przy świ­nio­bi­ciu na prze­mian pije piwo, je kotle­ty, śpi i znów pije piwo, wuja­szek Pepin szu­flu­je słód w bro­wa­rze, a czy­tel­nik dosłow­nie czu­je zapach i smak świe­że­go, pach­ną­ce­go chmie­lem i zbo­żem piwa z bro­wa­ru Fran­ci­na. Nie, nie było w lite­ra­tu­rze pol­skiej tak peł­nej i suge­styw­nej pochwa­ły piwa jak u Hra­ba­la.

Nikt nie pił tak pięknie jak Egon Bondy
Nikt nie pił tak pięk­nie jak Egon Bon­dy, cho­ciaż szklan­ka chy­ba z IKEI

Cho­ciaż jest Woja­czek ze swo­im żyw­cem. W kon­tro­wer­syj­nym wier­szu Ojczy­zna poeta pisze: Mat­ka dobra jak piwo żywieckie/Piersi mat­ki dwie poboż­ne setki/I tro­skli­wa jak­by bufetowa/Matka boska jak kró­lo­wa Polski/Matka cudza jak kró­lo­wa Pol­ski. Pro­wo­ka­cja? No pew­nie. Ale też wie­rzy­my Wojacz­ko­wi na sło­wo, że zarów­no dwie set­ki, jak i piwo żywiec­kie były dobre. Jed­nak jest to w pol­skiej lite­ra­tu­rze powo­jen­nej wyją­tek, poza tym Woja­czek potra­fił wypić wszyst­ko, z dena­tu­ra­tem w wigi­lię i spi­ry­tu­sem pro­sto z pod­ło­gi włącz­nie.

Matka dobra jak piwo żywieckie
Mat­ka dobra jak piwo żywiec­kie

Mimo wszyst­ko jest spo­ra szan­sa na to, że poeta pił wte­dy piwo lep­szej jako­ści niż Sta­siuk i Pod­sia­dło na prze­ło­mie lat 80. i 90.

Co dalej? Literatura najnowsza nieśmiało wraca do tematu

Lite­ra­tu­ra po 1989 roku para­dok­sal­nie nie­czę­sto sku­pia się na sma­ku i jako­ści piwa. Co inne­go wód­ka – Świe­tlic­ki i Pilch zro­bi­li w tym tema­cie napraw­dę dużo. Ale piwo? Zazwy­czaj jest to jakiś prze­my­sło­wy zwy­klak pity z bra­ku lep­sze­go wybo­ru. Pilch popi­ja piwem kli­na, u Świe­tlic­kie­go pije się dużo, czę­sto i bez spe­cjal­ne­go wybrzy­dza­nia, nato­miast boha­te­ro­wie Sta­siu­ka piją zwy­kle popu­lar­ne piwa z kla­sy tzw. eko­no­micz­nej, naj­le­piej od razu pod skle­pem. Czy jest się czym chwa­lić?

Jed­nak coś się powo­li zmie­nia. We wcze­snych tek­stach Krzysz­to­fa Var­gi, np. w mikro­po­wie­ści Chło­pa­ki nie pła­czą, pije się pro­du­ko­wa­ne maso­wo sika­cze ze spo­żyw­cze­go. W ostat­niej powie­ści Var­gi Masa­kra z 2015 r. poja­wia­ją się mod­ne piwa kra­fto­we. Z lek­kim przy­mru­że­niem oka, jak wszyst­ko u Var­gi, ale jed­nak są: kolej­ne wytwo­ry chmie­lo­wych, psze­nicz­nych, żyt­nich, orki­szo­wych, owsia­nych fer­men­ta­cji, dymio­ne koź­la­ki, piwa ciem­ne, a cza­sem wręcz czar­ne, nawet ryżo­we i jęcz­mien­ne, upich­co­ne przez współ­cze­snych alche­mi­ków. Var­ga tro­chę zło­śli­wie drwi sobie z wyż­szo­ści kaca spo­wo­do­wa­ne­go wypi­ciem nad­mier­nej ilo­ści kra­ftu od kaca spo­wo­do­wa­ne­go wypi­ciem nad­mier­nej ilo­ści piw prze­my­sło­wych, dys­kret­nie chi­cho­cze przy opi­sach mod­nych trun­ków warzo­nych na nowo­ze­landz­kich chmie­lach, ale koniec koń­ców – tro­chę kibi­cu­je popra­wie piw­nej kul­tu­ry w naro­dzie. W Masa­krze mało jest pozy­tyw­nych tonów, ale aku­rat sma­ki potraw i alko­ho­li nio­są tro­chę rado­ści. Tak piwo nie­śmia­ło wra­ca do łask, choć to dopie­ro począ­tek dro­gi.

Krzysztof Varga nieśmiało rehabilituje krafty
Krzysz­tof Var­ga z prze­ką­sem, bo z prze­ką­sem, ale reha­bi­li­tu­je kra­fty

Bo trwa­ją­cy przy­naj­mniej kil­ka wie­ków kom­pleks pol­skiej kul­tu­ry sta­wia­ją­cej szla­chec­ką anar­chię (wód­ka) i ary­sto­kra­tycz­ny sno­bizm (dro­gie wina) ponad porząd­ne piwo oraz wyraź­ne nie­do­war­to­ścio­wa­nie kul­tu­ry miesz­czań­skiej trak­to­wa­nej jako gor­sze, młod­sze rodzeń­stwo pol­skie­go roman­ty­zmu mają decy­du­ją­cy wpływ na odbiór zwy­kłe­go, ega­li­tar­ne­go, a dzię­ki temu jed­no­czą­ce­go naród piwa. Pew­nie dla­te­go nie docze­ka­li­śmy się swo­je­go Joyce’a ani Hra­ba­la. Choć genial­nych pisa­rzy u nas nie bra­ko­wa­ło nigdy.

Zamiast puenty

W jed­nym z opo­wia­dań Hra­ba­la z tomu Pie­śni dzia­dow­skie i legen­dy znaj­du­je­my takie post scrip­tum:

A cóż to za cudo, panie star­szy, przy­niósł mi pan w kuflu!? To piwo z oka­za­łą pia­ną! To nie pia­na, to bita śmie­ta­na, to nie śmie­ta­na, to chło­dzą­cy puding, to nie puding, to wspa­nia­ły strzał wprost w okien­ko! Panie star­szy, ten pań­ski zajazd to nie knaj­pa, ta pań­ska gospo­da to Kapli­ca Betle­jem­ska (…). Naj­święt­sza Panien­ko, cóż to za cudo, panie star­szy, przy­niósł pan w kuflu!

Na zdro­wie!

Co, z Hrabalem się nie napijesz?
Co, z Hra­ba­lem się nie napi­jesz?

 

Tekst został wygło­szo­ny w moc­no impro­wi­zo­wa­nej for­mie pod­czas Poznań­skich Tar­gów Piw­nych 6 listo­pa­da 2016. A wyglą­da­ło to tak:

Szwejk nie pił koź­la­ka, tyl­ko pil­sy i lage­ry. Piwo popo­wic­kie to dzi­siaj oczy­wi­ście Kozel. Poprze­krę­ca­łem ze zde­ner­wo­wa­nia.

Tu o bro­dach i wąsach

I Var­ga na koniec impre­zy. Na zdro­wie!

Facebooktwittergoogle_pluslinkedintumblrmail