To nie jest kolejne love story, czyli „Pani Bovary” Flauberta

flaubert pani bovary

Nie lubię pani Bova­ry, Emma Bova­ry mnie wku­rza, nie umiem się utoż­sa­mić z panią Bova­ry – tego typu opi­nii o książ­ce Flau­ber­ta znaj­dzie­cie w Inter­ne­cie tysią­ce. A ile jest tam rów­nież wyra­zów roz­cza­ro­wa­nia, że nud­na histo­ria, że byle jaka ta miłość, że nie o to cho­dzi­ło… No wła­śnie. Podob­nie jak Śnia­da­nie u Tiffany’ego, Lal­ka i Anna Kare­ni­na, to nie jest pro­sta histo­ria miło­sna. I ostat­nie, o co mogło cho­dzić Flau­ber­to­wi to skło­nie­nie czy­tel­ni­ka (czy­tel­nicz­ki) do tego, by się z Emmą Bova­ry utoż­sa­mić.

Naj­le­piej uka­zu­je to nowy prze­kład Pani Bova­ry autor­stwa Ryszar­da Engel­kin­ga. Po pierw­sze, jest ze wszyst­kich pol­skich prze­kła­dów naj­bliż­szy ory­gi­na­ło­wi, zatem Panią Bova­ry w wer­sji Engel­kin­ga czy­ta się jak Szek­spi­ra w tłu­ma­cze­niu Barań­cza­ka – wybor­nie! Ale to nie wszyst­ko. Engel­king dodał do tek­stu wła­ści­we­go świet­ną przed­mo­wę oraz jakieś 70 stron przy­pi­sów (zaty­tu­ło­wa­nych zgod­nie z praw­dą Plot­ki, przy­pi­sy, dywa­ga­cje).

Dowie­my się z nich m.in. tego, że Flau­bert ukrył same­go sie­bie pod posta­cią Bine­ta – nie­wie­le zna­czą­ce­go boha­te­ra dru­go­pla­no­we­go, któ­ry nie­ustan­nie pra­cu­je na tokar­ce, obser­wu­jąc mia­stecz­ko ze swo­je­go pod­da­sza. Na tej tokar­ce wytwa­rza zarów­no pięk­ne, nie­po­wta­rzal­ne przed­mio­ty, jak i nędz­ne kopie toczo­ne dla zysku (wła­ści­wy zawód pobor­cy podat­ko­we­go wyda­je się nie­istot­ny, a Flau­bert wymy­śla go tyl­ko na potrze­bę jed­nej sce­ny, w któ­rej Emma pró­bu­je namó­wić Bine­ta na defrau­da­cję pań­stwo­wych pie­nię­dzy). Moim zda­niem Binet to postać bar­dziej inte­re­su­ją­ca od wszyst­kich kochan­ków Emmy.

Podob­nie jest z pod­ko­chu­ją­cym się w pani Bova­ry Justy­nem, pomoc­ni­kiem apte­ka­rza, któ­ry wzdy­cha za nią mniej lub bar­dziej otwar­cie, a gdy nikt go nie widzi, doty­ka ubrań i butów Emmy. Engel­king zwra­ca uwa­gę na to, że fety­szyzm jest tu naj­zu­peł­niej zamie­rzo­ny i dosłow­ny. Przy oka­zji war­to zauwa­żyć, że jest to jedy­na poza mężem postać w książ­ce, któ­ry kocha Emmę szcze­rą i praw­dzi­wą miło­ścią. Bo ani Leon (nie­doj­rza­ły, wpa­trzo­ny w sie­bie bufon, któ­re­mu stu­dia dobrze by zro­bi­ły, gdy­by się do nich lepiej przy­kła­dał), ani Rudolf (pro­win­cjo­nal­ny, tani łamacz serc) nie zna­ją praw­dzi­wej miło­ści. Emma Bova­ry rów­nież jej nie zna i praw­do­po­dob­nie dla­te­go zawsze tęsk­ni za tymi miej­sca­mi, w któ­rych jej nie ma.

Nie ma w tym nic pięk­ne­go. Emma kil­ka­krot­nie zży­ma się na męża, myśląc o nim jako o nie­zno­śnym, nie­za­rad­nym, nie­ule­czal­nie prak­tycz­nym i pro­stac­kim nie­do­łę­dze. Zresz­tą Karol sam się o to pro­si, po co pod­no­si z zie­mi cygar­ni­cę nale­żą­cą wcze­śniej do mar­ki­za, z któ­rym Emma tań­czy pod­czas balu w taki spo­sób, że nar­ra­tor suge­ru­je orgazm? W ten spo­sób potwier­dza, że nie tyl­ko nicze­go się nie domy­śla, ale w dodat­ku jest żało­sny.

Nie­ste­ty, Emma sama jest pro­win­cjo­nal­ną hero­iną, któ­ra marzy o sen­ty­men­tal­nej miło­ści, bo się naczy­ta­ła roman­sów, ale praw­dzi­wej miło­ści (Karo­la, Justy­na) nie dostrze­ga i nie rozu­mie. To, w co wie­rzy to tani sen­ty­men­ta­lizm, dla­te­go Emma roz­cza­ro­wu­je się na każ­dym kro­ku aż tak bole­śnie. A że bra­ku­je jej wiel­ko­ści cha­rak­te­ru Don Kicho­ta (któ­ry co praw­da był sza­leń­cem, ale za to wspa­nia­łym sza­leń­cem), Emma nie­ustan­nie ocie­ra się o banał.

Są w Pani Bova­ry przy­naj­mniej dwie genial­ne sce­ny ero­tycz­ne, tej samej kla­sy co uję­cie w kare­cie z Zie­mi Obie­ca­nej Waj­dy. Pierw­sza ma miej­sce pod­czas balu, gdy Emma tań­czy z mar­ki­zem, Karol przy­sy­pia przy scho­dach, a Flau­bert suge­ru­je, że dzie­ją się rze­czy nie­przy­zwo­ite. I dru­ga, bar­dziej dosłow­na, w kare­cie cią­gnię­tej przez dwie zla­ne potem cha­be­ty. Dla­te­go nie daj­cie się zwieść pozor­nie sen­ty­men­tal­nej histo­rii.

Naj­bar­dziej popu­lar­ny prze­kład autor­stwa Anie­li Miciń­skiej narzu­cał sen­ty­men­tal­ny model lek­tu­ry. Engel­king robi wszyst­ko, by zdy­stan­so­wać czy­tel­ni­ka do Karo­la, Emmy, Leona i Rudol­fa. Bo te posta­ci to pro­win­cjo­nal­ny fel­czer (czy­li nawet nie lekarz), nie­do­uczo­na i leni­wa wycho­wan­ka szko­ły klasz­tor­nej, tani roman­tyk i wyra­cho­wa­ny poże­racz serc. Co wca­le nie zna­czy, że nie ma w nich nic tra­gicz­ne­go. Marze­nie Emmy o tym, by zna­leźć się tam, gdzie jej nie ma i nigdy nie będzie oraz wier­na miłość Karo­la do mał­żon­ki pomi­mo zdrad i ruiny, do któ­rej go dopro­wa­dzi­ła, mają w sobie coś wiel­kie­go.

I dla­te­go ta książ­ka jest wciąż żywa. A że trud­no o bar­dziej mistrzow­ski pokaz kunsz­tu lite­rac­kie­go, lek­tu­ra Pani Bova­ry to nie­zwy­kłe doświad­cze­nie. Nawet w poje­dyn­czych przy­miot­ni­kach Flau­bert nawią­zu­je do rychłe­go upad­ku Emmy, podob­nie jest w przy­pad­ku topo­gra­fii – np. wzgó­rze Saint‐Jean przy­po­mi­na miej­sce bitwy pod Water­loo, a tym samym nar­ra­tor suge­ru­je Emmie, że jest już zgu­bio­na (ale ona tego komu­ni­ka­tu odczy­tać nie umie). Jeże­li zatem Emma Bova­ry was wku­rza, to wca­le nie zna­czy, że nie war­to czy­tać tej książ­ki. A naj­le­piej do niej wra­cać po wie­lo­kroć, jak to Ham­le­ta i Don Kicho­ta – każ­da kolej­na lek­tu­ra jest cie­kaw­sza i peł­niej­sza, jeże­li zatem zna­cie tyl­ko prze­kład Miciń­skiej, trze­ba szyb­ko się­gnąć po Engel­kin­ga.

www.facebook.com/literaturasaute

To nie jest kolej­ne love sto­ry, czy­li „Pani Bova­ry” Flau­ber­ta
Facebooktwitterlinkedintumblrmail
Tagged on: