Tegoroczny Nobel spowodował (chyba nie tylko we mnie) uczucia mieszane, bo przecież proza László Krasznahorkaiego już w Polsce wydawana kiedyś była, ale przeoczyłem, bo to jakieś smutne i hermetyczne. No i trzeba nadrobić.
Na pierwszy ogień poszedł zbiór opowiadań A świat trwa, bo Czarne wznowiło go z marszu, ze stylową okładką, w eleganckiej serii z nową klasyką (to lubię).
Od razu ostrzegam: jest to zbiór tekstów trudnych, hermetycznych. Trudność bierze się nie z przeładowania intelektualnego, lecz z dość ciężkostrawnej formy — opowiadania niemal bez fabuły, narratorzy-bohaterowie enigmatyczni, język turbomodernistyczny, zawikłane okresy składniowe ciągnące się kilometrami. Standardowy wielki modernizm dwudziestowieczny. Albo jego okruchy. Fragmenty.
Z blurbów i internetowych notek wynika, że nazwisko Krasznahorkaiego dobrze rymuje się z Kafką, ale ja tego nie czuję. Raczej z Bernhardem. Albo Myśliwskim (to chyba bardziej ta powieść, którą Czarne dopiero wznowi w styczniu — Szatańskie tango). Jestem od lat zadeklarowanym fanem i pierwszego, i drugiego.
W teksty zebrane w tomie A świat trwa jakoś nie wsiąkłem — odbiłem się od ich hermetyczności. Bernhard pisał w sumie dość podobnie, ale było u niego dużo złośliwego humoru, gdy perorował, że ze wszystkich narodów najgorsi są Austriacy, a spośród wszystkich Austriaków osobliwie najgorsi są ci z jego rodzinnych stron, gdzie w każdej rodzinie znajdzie się ktoś przechowujący w szafie nazistowski mundur, a wszystko to było w groteskowy sposób i straszne, i śmieszne. László Krasznahorkai to czysta powaga, co najwyżej dyskretne mrugnięcia do czytelnika sugerujące, że — dajmy na to — narrator to pacjent psychiatryka i planuje skoczyć z okna.
Niemal całkowity brak historii w opowiadaniach Krasznahorkaiego może intrygować, w dużej dawce jest jednak dość męczący, dlatego najlepiej aplikować sobie te opowiadania niewielkimi porcjami, a nie tak jak ja, wielką chochlą prosto z gara. Pewnie dlatego najbardziej podobało mi się opowiadanie o Gagarinie. Tekst skupia się na śmierci radzieckiego kosmonauty, którego chlanie nie było na rękę władzy. Bohater zimnej wojny powinien zachowywać się z godnością, a nie po pijaku głosić pochwałę wszystkich wielkich światowych religii. Czy to dlatego pozwolono mu pilotować MIG‑a po pijaku? A może ktoś tam pomógł w tej katastrofie?
Ach, jeszcze kwestia politycznej wymowy tego Nobla. Krasznahorkai jest idealnie neutralny politycznie, bo z orbánowskimi Węgrami ma tyle samo wspólnego, co niegdyś z gulaszowym komunizmem. Zupełnie nic. Proza Noblisty jest tak doskonale czystą formą, że można tu mówić o zwycięstwie Sztuki nad doraźną sytuacją polityczną.
Tylko czy to nie jest nabieranie wody w usta w niespokojnych czasach? Może trzeba było jednak dać temu Żadanowi? Bo się Putin obrazi? Bo będą gadać, że Sztokholm dokonał wyboru politycznego? To niech gadają.
4/6
PS. U Krasznahorkaiego świat trwa, chociaż jest zgubiony. A The Cure nagrało piosenki ze zgubionego świata. No to pasuje.
PPS. Nie będę tu już wrzucał nic ze Spotify, bo wstyd. Usuwać mi się z tych wszystkich podstron nie chce, ale umówmy się, że będę szukał innych źródeł.

