Twórczość Tove Ditlevsen raczej do najweselszych nie należy, a jej ostatnia powieść z 1975 roku poraża szczególnie, bo powstała między dwiema próbami samobójczymi — nieudaną i udaną.
Pokój Vilhelma stanowi zatem wysokiej próby artystyczną wypowiedź wyrastającą z tej pierwszej próby samobójczej, a zapowiadającą kolejną. Nie jest to autobiografia, Ditlevsen posłużyła się fikcją. Ale nie ulega wątpliwości, że jej fikcyjni bohaterowie wzięli się z prawdziwego życia. Bohaterka powieści nawet nazywa się jakoś podobnie do autorki.
Straszna z niej wariatka. A jej faceci niewiele lepsi (jedną z centralnych scen powieści jest ta, w której tytułowy Vilhelm długo rzyga na kolana ministra kultury). Pijaństwo połączone z neurozami to nienajlepszy (zapisuję zgodnie z nową zasadą ortograficzną) przepis na szczęśliwe życie. Podobnie jak narkotyki, do których ogromną słabość odczuwała Lise, literacka alter ego autorki. Do tego kochankowie, kochanki, intrygi, problemy mieszkaniowe, pałętający się tu i tam dorastający syn, rozterki egzystencjalne i wstręt do życia.
Stopień nagromadzenia tych wszystkich nieszczęść jest tak olbrzymi, że nie umiałem z nikim w tej powieści sympatyzować. Czułem, że jestem za szklaną ścianą. Może to lepiej dla mnie.
Z drugiej strony — Tove Ditlevsen opowiedziała o swoim życiowym kryzysie z niezwykłą intensywnością emocjonalną, ale z pominięciem tanich zagrywek. Jest to historia tragiczna, stąd pojawiają się słowa wielkie (zdanie, w którym Lise myśli o tym, że rano pożegnała się z synem, ale wieczorem już z nim nie porozmawia, po uszykowała sobie tabletki), ale jest też coś z tragifarsy (np. gdy Vilhelm ma okres obsesji na punkcie mikrobów, więc dla własnego bezpieczeństwa pije tylko wódkę).
I od czasu do czasu pisarka zwraca się do czytelnika tak, że coś się w środku przestawia. Na przykład mówi, że czytelnik nie musi jej bohaterki kochać, ale trochę współczucia by się przydało. No ba.
4,5/6
PS. Do pary dobrałem płytę Violator ze względu na tytuł — bo w książce Ditlevsen wszystkie relacje między bohaterami zdominowane są przez przemoc psychiczną. Ale tak poza tym to jest jedna z najwspanialszych płyt na świecie. Być może najlepsza Depeszów. A być może najlepszą jest kolejna. Albo któraś z dwóch poprzednich. Zależy od dnia. Zwracam Państwu uwagę na zakończenie — Clean. Dobrze, że ta piosenka nie była przebojem, zostaje schowana z tyłu dla tych, co kochają DM naprawdę.

