A simple story, czyli “Stoner” Johna Williamsa

Stoner
Zwykle narzekam na to, że w literaturze współczesnej nie ma klasycznych fabuł i narracji, więc ta ocalona od zapomnienia amerykańska powieść z lat 60. trafia akurat w mój gust.

Histo­ria opo­wia­da­na jest w bar­dzo sta­ro­mod­ny spo­sób — życie i śmierć zwy­kłe­go czło­wie­ka, któ­ry sta­je się boha­te­rem lite­rac­kim niby przy­pad­kiem, nic się tam wiel­kie­go nie dzie­je, ale przy oka­zji uchwy­co­ny został kawa­łek praw­dzi­we­go życia.

Więk­szą część tek­stu sta­no­wi po pro­stu powieść uni­wer­sy­tec­ka, z aka­de­mic­ki­mi wywo­da­mi, dys­pu­ta­mi i wal­ką o wła­dzę. Jest też romans, któ­ry się ład­nie zaczy­na (dziew­czy­na mówi, że wca­le nie była cho­ra, tyl­ko Sto­ner przez dwa tygo­dnie nie przy­cho­dził — niby wyświech­ta­ne, a jed­nak cią­gle bie­rze), ale bez­na­dziej­nie koń­czy. W ogó­le bez­na­dziej­ny ten Stoner.

Siła tej książ­ki tkwi w dro­bia­zgach. Gdy aka­de­mi­cy przez kil­ka dłu­gich stron dys­ku­tu­ją o rene­san­sie, to się cza­sa­mi dłu­ży, nawet, jeże­li się lubi rene­sans (a ja lubię). Ale jak zawsze cho­ro­bli­wie grzecz­na cór­ka Sto­ne­ra przy­jeż­dża po latach, wycią­ga sher­ry, wypi­ja całą szklan­kę, krzy­wi się, że nie­do­bre, a potem zwięź­le infor­mu­je, że cza­sa­mi lubi się napić, to w jed­nym zda­niu mie­ści się cały dra­mat. Albo gdy jedy­na praw­dzi­wa miłość w życiu Sto­ne­ra odcho­dzi, bo jed­nak wybrał lojal­ność dla uczel­ni. Aż mi było przykro.

Czy to rze­czy­wi­ście jest naj­wspa­nial­sza powieść, któ­rej jesz­cze nie czy­ta­łem, jak gło­si slo­gan? Chy­ba nie. Zda­je się, że wciąż nie prze­czy­ta­łem paru wspa­nial­szych. Berlin-Alexanderplatz cze­ka od 3 lat. Musil od deka­dy. Ale jakoś dobrze mi z tą powie­ścią było.

4,5/6

PS. Szu­ka­łem na pół­ce jakie­goś sto­ner roc­ka, zna­la­złem Moon­sto­ne, ale tego cedecz­ka już kie­dyś na blo­ga wrzu­ca­łem. I zna­la­złem inną pły­tę (Elec­tric Octo­pus), któ­ra do niej przy­war­ła, a któ­rą kupi­łem wła­śnie na kon­cer­cie Moon­sto­ne i The How­ling Eye (tak, faj­ne sto­ne­ry) pro­sto od wydaw­cy, Galac­tic Smo­ke­Ho­use. Pięk­nie wyda­na, zapa­ko­wa­na w jakiś zamsz, prze­le­ża­ła ze dwa lata i nigdy jej nie puści­łem. W środ­ku nie do koń­ca sto­ner, bar­dziej jakieś jamy, spo­ro roc­ka psy­cho­de­licz­ne­go. Faj­ne. Przy­jem­na muzy­ka do czy­ta­nia ksią­żek. Książ­ka z Kin­dla zamiast na papie­rze, to za to muzy­ka pięk­nie opakowana.

A sim­ple sto­ry, czy­li “Sto­ner” Joh­na Williamsa
Facebooktwitterlinkedintumblrmail
Tagged on: