Czarny humor dla zaawansowanych, czyli “Podmajordomus Minor” Patricka DeWitta

Patrick DeWitt - Podmajordomus Minor
Postmodernizm się zużył, ironia jest przereklamowana, a czarny humor jest w porządku, o ile lukruje ważniejsze sprawy — zdaje się mówić DeWitt w swojej trzeciej, tym razem gotyckiej powieści.

Mistrzo­stwo gry przy pomo­cy żon­gler­ki zuży­ty­mi kon­wen­cja­mi DeWitt zapro­po­no­wał już w poprzed­niej książ­ce, czy­li popa­pra­nym postwe­ster­nie Bra­cia Sisters. Tam rów­nież cho­dzi­ło o coś wię­cej niż tyl­ko o zaba­wę for­mą. Na pierw­szy plan wysu­wa­ło się wie­lo­krot­nie ubie­ra­ne w meta­fo­ry prze­świad­cze­nie, że ze świa­tem jest coś moc­no nie tak. I że tyl­ko wier­ność sobie może jakoś uchro­nić przed cał­ko­wi­tą kata­stro­fą, cho­ciaż oczy­wi­ście nicze­go nie gwa­ran­tu­je. Tym razem DeWitt pod­su­wa miłość jako jakąś for­mę nadziei na to, że świat nie zeżre nas, a kości naszych nie wyplu­je do śmiet­ni­ka, cho­ciaż bar­dzo się sta­ra.

Miłość w Pod­ma­jor­do­mu­sie Mino­rze może pro­wa­dzić do zgry­zo­ty, namiast­ki szczę­ścia albo do deka­denc­kiej roz­pu­sty. Gdy jest zuży­ta, tak jak sto­so­wa­ne przez pisa­rza for­my lite­rac­kie, prze­ista­cza się w kosz­mar. Ale to wła­śnie poszu­ki­wa­nie miło­ści każe boha­te­ro­wi tej książ­ki opu­ścić rodzin­ne stro­ny i udać się w podróż na bli­żej nie­okre­ślo­ny Zachód. Przy oka­zji — dla­cze­go to zawsze musi być Zachód?

To namiast­ka miło­ści pod posta­cią roz­pacz­li­we­go fety­szu (dam­ski koza­czek) poma­ga boha­te­rom uwię­zio­nym na dnie Bar­dzo Wiel­kiej Dziu­ry prze­żyć całe lata, a póź­niej pod­jąć ostat­nią pró­bę oca­le­nia. Dla jakie­goś odle­głe­go wspo­mnie­nia o miło­ści na krót­ką chwi­lę cywi­li­zu­je się nawet zde­ge­ne­ro­wa­ny baron von Aux, przez więk­szość książ­ki poja­wia­ją­cy się jako demo­nicz­ne mon­strum żyją­ce w zaka­mar­kach prze­klę­te­go zamczy­ska. Miłość rzad­ko zba­wia, ale poza nią innej nadziei nie ma.

Pod wzglę­dem for­mal­nym Pod­ma­jor­do­mus Minor to post­mo­der­ni­stycz­na gra z kon­wen­cja­mi. Rzecz jasna, twór­czo odświe­żo­ny­mi. I tak — w powie­ści gotyc­kiej zawsze było tak, że zły pan posęp­ne­go zamczy­ska zwa­biał ofia­rę do domu‐pułapki i za nic nie chciał wypu­ścić. A tu jest odwrot­nie — ludzie sami ścią­ga­ją do zam­ku baro­na von Aux albo nie potra­fią z nie­go wyje­chać, cho­ciaż sam baron nicze­go od nich nie chce. Dodaj­my do tego humor jak­by rodem z Nie­ustra­szo­nych pogrom­ców wam­pi­rów i urze­ka­ją­cy melan­cho­lij­ny nastrój. To jest czar­ny humor dla zaawan­so­wa­nych i szko­da tego nie doce­nić.

A spo­za tych wszyst­kich pono­wo­cze­snych sta­diów wyczer­pa­nia wyła­nia się sta­re, nie­śmier­tel­ne marze­nie o szczę­ściu poj­mo­wa­nym jako uni­ka­nie cier­pie­nia, jak u sto­ików i epi­ku­rej­czy­ków. Cier­pie­nie wca­le nie uszla­chet­nia, a bez­myśl­na harów­ka nie jest war­ta zacho­du. Dziat­ki moje, jeśli zoba­czy­cie coś, co wam się marzy, to się­gaj­cie po to śmia­ło.

I tyle.

4,5/5

PS. Na dobry koniec tro­chę kla­sy­ki gatun­ku:

Czar­ny humor dla zaawan­so­wa­nych, czy­li “Pod­ma­jor­do­mus Minor” Patric­ka DeWit­ta
Facebooktwittergoogle_pluslinkedintumblrmail
Tagged on: