Mistrz narzeka, czyli “Dziennik 1949–1956” Sándora Máraiego

Marai Dziennik 1949-1956 recenzja
Drugi tom Dziennika Máraiego to świadectwo poszukiwania sensu w świecie po katastrofie, najpierw na emigracji we Włoszech, a później w Nowym Jorku. Węgierski Mistrz znajduje lekarstwo na rozpacz, ale przy okazji się radykalizuje.

Dla Mára­ie­go kata­stro­fą był cał­ko­wi­ty upa­dek cywi­li­za­cji i kul­tu­ry Zacho­du pod­czas II woj­ny świa­to­wej. A zaraz po woj­nie nastą­pi­ła dru­ga kata­stro­fa — prze­ję­cie Węgier przez blok radziec­ki i komu­nizm. Z kolei pry­wat­ną kata­stro­fą była dla nie­go koniecz­ność opusz­cze­nia ojczy­zny, co ponie­kąd ozna­cza­ło rów­nież bani­cję inte­lek­tu­al­ną — Márai postrze­gał swo­ją lite­ra­tu­rę w roman­tycz­ny spo­sób, jako sumie­nie naro­du. Dzien­nik 1949–1956 jest wyra­zem każ­de­go z tych nie­szczęść, a roz­ter­ki emi­gra­cyj­ne wypeł­nia­ją go nie­mal w cało­ści.

Dla Mára­ie­go kul­tu­ra po Holo­cau­ście i po sta­li­ni­zmie peł­ni rolę dro­go­wska­zu pozwa­la­ją­ce­go odna­leźć daw­ne, utra­co­ne war­to­ści. Róże­wicz w Oca­lo­nym pisał: Szu­kam nauczy­cie­la i mistrza / niech przy­wró­ci mi wzrok słuch i mowę. Márai też szu­ka nauczy­cie­la i mistrza. I znaj­du­je. Jest to kato­lic­ki Bóg w wyda­niu fran­cisz­kań­skim. I to wła­ści­wie nawet nie Chry­stus, raczej nauki św. Paw­ła. One są odtrut­ką na komu­nizm (cał­kiem traf­nie zdia­gno­zo­wa­ny jako dyk­ta­tu­ra garst­ki inte­li­gen­tów uzur­pu­ją­cych sobie pra­wo do repre­zen­to­wa­nia pro­le­ta­ria­tu) i faszyzm, któ­re­go kon­se­kwen­cją była Zagła­da.

Pro­blem w tym, że Márai nie ma naj­mniej­sze­go zro­zu­mie­nia dla tych, któ­rzy myślą ina­czej (a o czy­tel­ni­kach ame­ry­kań­skiej lite­ra­tu­ry po pro­stu myśli z pogar­dą). Czu­je się pokrzyw­dzo­ny i to prze­ko­na­nie o byciu zdra­dzo­nym prze­peł­nia pisa­rza nie­po­ko­ją­co moc­no. Zwy­kle pisze na taką nutę: Znaj­du­je­my się dokład­nie w takiej samej sytu­acji jak w IV wie­ku po Chry­stu­sie, kie­dy to świę­ty Hie­ro­nim zro­zu­miał, że nie war­to grać na cytrze przed osłem. Ale cza­sa­mi, gdy pozby­wa się pan­ce­rza utka­ne­go z tra­dy­cji kul­tu­ry euro­pej­skiej, zda­rza mu się np. napi­sać wprost, że nie rozu­mie i nie zno­si ate­istów, bo to strasz­ni igno­ran­ci.

Może to jakiś wzo­rzec? Może z tego same­go powo­du pol­scy inte­lek­tu­ali­ści z inter­no­wa­niem w życio­ry­sie tak czę­sto wybie­ra­ją po latach rady­kal­ny kato­lic­ki kon­ser­wa­tyzm?

Lek­tu­ra dzien­ni­ka węgier­ski­go pisa­rza na pew­no może być jakąś pró­bą zro­zu­mie­nia feno­me­nu kon­ser­wa­ty­zmu wybit­nych twór­ców. Trud­no się z nią zmie­rzyć, bo Márai jest bar­dzo wyma­ga­ją­cy — zwłasz­cza pod wzglę­dem etycz­nym. Ale też jakoś pró­bu­je się uspra­wie­dli­wić: widzia­łem lądo­wa­nie Lind­ber­gha na lot­ni­sku Le Bour­get, doży­łem pierw­sze­go wybu­chu ato­mo­we­go, dowie­dzia­łem się, że uni­wer­sum jest w sta­dium roz­sze­rza­nia się (to też nie jest pew­ne) i jeśli poży­ję jesz­cze dwa­dzie­ścia lat, praw­do­po­dob­nie docze­kam wypra­wy czło­wie­ka na Księ­życ. (Może nie). Poza tym prze­ży­łem dwie woj­ny świa­to­we, roz­kwit dyk­ta­tur i nihi­lizm moral­ny. To nad­wyż­ka moje­go życia.

Mimo wszyst­ko war­to go wysłu­chać, choć­by po to, żeby lepiej zro­zu­mieć współ­cze­sność. Nawet, gdy Mistrz narze­ka tro­chę za bar­dzo. Márai żył w cza­sach, w któ­rych spo­dzie­wa­no się rychłe­go wybu­chu III woj­ny świa­to­wej i zagła­dy nukle­ar­nej. Rów­nież z tego powo­du jego dzien­nik to bar­dzo cie­ka­we świa­dec­two.

Tym razem bez gwiaz­dek, bo się nie da.

PS. Moż­na, choć nie trze­ba, czy­tać z Yan­ni­sem Kyria­ki­de­sem. Jakoś tak wyszło, że mi się har­mo­nicz­nie zestro­ili.

Mistrz narze­ka, czy­li “Dzien­nik 1949–1956” Sán­do­ra Mára­ie­go
Facebooktwittergoogle_pluslinkedintumblrmail
Tagged on: