Bez fanatyzmu, czyli “Dziennik 1967–1976” Sándora Máraiego

Marai
Czwarty tom Dziennika Sándora Máraiego czyta się tak samo jak poprzednie — z przyjemnością, smakując powoli, choć nie zawsze trzeba się z węgierskim mistrzem zgadzać.

Tym razem Márai pod­padł mi przy oka­zji nie­zli­czo­nych kąśli­wych uwag o popkul­tu­rze. Autor Maru­de­rów ma do niej sto­su­nek god­ny Miło­sza oraz Orte­gi y Gas­se­ta. Nie lubi, nie rozu­mie, boi się jej. Jego zda­niem popkul­tu­ra to wyraz bez­gu­ścia, inte­lek­tu­al­ne­go i este­tycz­ne­go uwią­du. Hip­pi­si to jego zda­niem naiw­nia­cy uwie­dze­ni przez komu­nizm (ten rodzaj socjo­po­li­tycz­ne­go spoj­rze­nia jest w jego pismach kon­se­kwent­ny), a roz­gry­wa­ją­ca się w cza­sie pisa­nia tej czę­ści Dzien­ni­ka kontr­kul­tu­ra nie nie­sie ze sobą abso­lut­nie nic cie­ka­we­go. A mi tro­chę szko­da, że węgier­ski pisarz zamiast na Ver­die­go nie zawę­dro­wał na przy­kład na King Crim­son.

Na szczę­ście tym razem mistrz narze­ka coraz rza­dziej. Kie­dyś, ze dwie deka­dy wcze­śniej, narze­kał bar­dzo dużo. Teraz sma­ku­je książ­ki, dzie­ła sztu­ki, życie. A czy­tel­nik razem z nim. Rela­cje z podró­ży po Rzy­mie, Wied­niu, Flo­ren­cji i Sie­nie są nie­zrów­na­ne. Zapi­ski na mar­gi­ne­sach czy­ta­nych ksią­żek — zwłasz­cza Pro­usta, któ­re­go Márai uwa­żał za auto­ra praw­dzi­we­go współ­cze­sne­go arcy­dzie­ła — to esen­cja pisa­nia o czy­ta­niu.

Są też — jak zwy­kle — uwa­gi o poli­ty­ce i reli­gii. Ale tym razem jest tej reli­gij­no­ści mniej. Márai dość pre­cy­zyj­nie opo­wia­da się po stro­nie agno­sty­cy­zmu, coraz wyraź­niej kry­ty­ku­je każ­dą z wiel­kich reli­gii Księ­gi — za dogma­tyzm, fana­tyzm i rady­ka­lizm. W kon­tek­ście isla­mu pisze tak: to nie­praw­da, że “reli­gia jest opium ludu”, jak gło­sił Marks. Reli­gia jest środ­kiem pobu­dza­ją­cym jak amfe­ta­mi­na (…). Potra­fi pod­nie­cić do sta­nu eks­ta­zy, nie­świa­do­me­go transu, erup­cji agre­sji z pia­ną na ustach. Wia­ra nie jest środ­kiem uspo­ka­ja­ją­cym. Nato­miast bud­dyzm i chrze­ści­jań­stwo zosta­ją oskar­żo­ne o roz­bu­dza­nie lęku przed życiem. Cre­do Mára­ie­go w tym tomie dzien­ni­ka — bez fana­ty­zmu.

Dla chrze­ści­jań­stwa pisarz jest jak zwy­kle naj­bar­dziej wyro­zu­mia­ły, bo lubi schro­nie­nie w chło­dzie wiel­kich katedr. Ale już nim się nie zachwy­ca jak w poprzed­nim tomie Dzien­ni­ka. Coś mi jed­nak mówi, że Márai w latach 70. widział zupeł­nie odmien­ne obli­cze chrze­ści­jań­stwa od dzi­siej­sze­go. I to też jest cie­ka­we.

(bez gwiaz­dek, ale z uwa­gą, że Dzien­nik Mára­ie­go to jego dzie­ło życia, waż­niej­sze od bele­try­sty­ki)

PS. A na opra­wę muzycz­ną pro­po­nu­ję nową pły­tę z Hevhe­tii — labe­lu miesz­czą­ce­go się w rodzin­nym mie­ście pisa­rza. Cho­ciaż dla nie­go to było zupeł­nie inne mia­sto. Michał Zabor­ski to oczy­wi­ście Polak, czło­nek mod­ne­go ostat­nio ATOM String Quar­tet, a w Koszycach/Kassie wyszła wła­śnie jego pierw­sza solo­wa pły­ta. Pro­szę słu­chać.

Bez fana­ty­zmu, czy­li “Dzien­nik 1967–1976” Sán­do­ra Mára­ie­go
Facebooktwitterlinkedintumblrmail