Bounce rate w literaturze, czyli „W cieniu zakwitających dziewcząt” Prousta

W cieniu zakwitających dziewcząt recenzja

Na co dzień w pra­cy zaj­mu­ję się mar­ke­tin­giem inter­ne­to­wym. W związ­ku z tym wśród moich zain­te­re­so­wań jest tzw. boun­ce rate. To nic inne­go jak współ­czyn­nik odrzu­ceń w Google Ana­ly­tics, któ­ry mówi jak duży odse­tek użyt­kow­ni­ków weszło na moją stro­nę, a następ­nie zamknę­ło ją krzy­ży­kiem lub nie pod­ję­ło żad­nych dodat­ko­wych dzia­łań. Gdy­bym miał wyty­po­wać jed­ną, jedy­ną książ­kę z całej lite­ra­tu­ry świa­to­wej, któ­ra mia­ła­by napraw­dę wyso­ki boun­ce rate, w ciem­no posta­wił­bym z 10 euro na pierw­szy tom W poszu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su Mar­ce­la Pro­usta. I pew­nie wygrał­bym każ­dy zakład.

No bo sami pomy­śl­cie – otwie­ra­ją­ca cykl książ­ka W stro­nę Swan­na to pozy­cja legen­dar­na, więc głu­pio tak cał­kiem ją omi­nąć. Choć­by ten frag­ment z macza­niem mag­da­len­ki w her­bat­ce wypa­da znać. Nuda, ale przy odro­bi­nie cier­pli­wo­ści i dobrej woli jakoś da się to prze­żyć. Ale dru­gi tom cyklu? Jesz­cze grub­szy, jesz­cze bar­dziej intro­wer­tycz­ny? To już spo­re zobo­wią­za­nie. Bo jak się prze­czy­ta W cie­niu zakwi­ta­ją­cych dziew­cząt, to naj­wy­raź­niej ma się w gło­wie plan prze­czy­ta­nia całe­go sied­mio­to­mo­we­go cyklu. A to już wyglą­da na czy­ste wariac­two. Gdy­by Pro­usto­wi zale­ża­ło na utrzy­ma­niu uwa­gi czy­tel­ni­ka według dzi­siej­szych stan­dar­dów, prze­grał­by każ­dą kam­pa­nię w Inter­ne­cie. Przej­ście od W stro­nę Swan­na do W cie­niu zakwi­ta­ją­cych dziew­cząt zali­cza naj­wy­żej jakieś kil­ka pro­cent czy­tel­ni­ków.

Ja utkną­łem pomię­dzy pierw­szym i dru­gim tomem cyklu Pro­usta na jakieś 15 lat. Mniej wię­cej tyle zaję­ło mi pod­ję­cie decy­zji o powro­cie do Com­bray. Naj­pierw ase­ku­ra­cyj­nie zabra­łem się za „jedyn­kę”, by szyb­ko przejść do „dwój­ki”. I co? I chy­ba wylą­do­wa­łem w klu­bie miło­śni­ków Pro­usta. A mógł­by być boun­ce na resz­tę życia.

A jed­nak prze­czy­ta­łem W cie­niu zakwi­ta­ją­cych dziew­cząt i jestem zachwy­co­ny. Cze­go tutaj nie ma? Jest pano­ra­ma bel­le epo­que (wia­do­mo, kocha­my to), jest o doj­rze­wa­niu psy­chicz­nym i ero­tycz­nym, jest wsob­nie, hip­ster­sko i bez glu­te­nu. Mło­dy boha­ter leczy roz­strój ner­wo­wy kawą i koniacz­kiem, lubi ład­ne wido­ki, wkrę­ca się w inten­syw­ne prze­ży­wa­nie sztu­ki, a co naj­waż­niej­sze – prze­ży­wa ini­cja­cję sek­su­al­ną. Coś wspa­nia­łe­go!

Tak się prze­ży­wa sztu­kę!

A w dodat­ku nad cało­ścią nie­mal nie­ustan­nie uno­si się jakaś otocz­ka dwu­znacz­no­ści. Boha­ter niby kocha się w Alber­ty­nie, ale tak napraw­dę nie wie, czy rów­nie inten­syw­nie nie podo­ba­ją mu się jej kole­żan­ki. Na pla­ży otrzy­mu­je wyra­żo­ną cał­kiem wprost pro­po­zy­cję nawią­za­nia sto­sun­ków sek­su­al­nych z gejem, i to ze sta­rym świn­tu­chem, panem de Char­lu­sem, ale śred­nio się orien­tu­je w sytu­acji, bo oglą­da się za Alber­ty­ną i jej kole­żan­ka­mi. A prze­cież dopie­ro co wyzwo­lił się spod wpły­wu Gil­ber­ty Swann i – przede wszyst­kim – jej pięk­nej mat­ki.

Tyle z plo­tek towa­rzy­skich, ale prze­cież u Pro­usta cho­dzi o coś znacz­nie więk­sze­go. Bo cykl W poszu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su nie bez koze­ry uwa­ża się za dzie­ło, któ­re zde­fi­nio­wa­ło nowo­cze­sność w lite­ra­tu­rze (razem z Ulis­se­sem i paro­ma inny­mi powie­ścia­mi awan­gar­do­wy­mi). Gdy prze­drze­my się przez trud­no­ści zwią­za­ne ze sty­lem i kom­po­zy­cją tego spe­cy­ficz­ne­go tek­stu, docho­dzi­my do istot­nej i aktu­al­nej do dziś pro­ble­ma­ty­ki spo­łecz­nej – do napięć pomię­dzy kon­ser­wa­ty­zmem i libe­ra­li­zmem, do stra­chu przed obcy­mi, a wresz­cie do homo­fo­bii i anty­se­mi­ty­zmu. Bo to wszyst­ko jest obec­ne u Pro­usta, trze­ba tyl­ko wejść tro­chę głę­biej i roz­go­ścić się na dłu­żej, zamiast szyb­ko popi­jać ciast­ko her­bat­ką i ucie­kać.

Przyj­rzyj­my się choć­by tema­to­wi anty­se­mi­ty­zmu. Jed­na z tytu­ło­wych zakwi­ta­ją­cych dziew­cząt brzy­dzi się kole­gą nasze­go głów­ne­go boha­te­ra, więc mówi tak: Była­bym się zało­ży­ła, że to Żyd. Tacy wci­ska­ją się wszę­dzie, jak plu­skwy. Brzmi paskud­nie, gdy wie się to, co wie­my po II woj­nie świa­to­wej, praw­da? Pro­ust poru­sza ten wątek przy­naj­mniej kil­ka­krot­nie, np. mówi o rady­kal­nych ide­ach. jak jakiś drey­fu­sizm, jakiś kle­ry­ka­lizm, nagły, nie­prze­wi­dzia­ny, koniecz­ny, jak jakiś nacjo­na­li­stycz­ny i feu­dal­ny hero­izm, wyro­słe na apel oko­licz­no­ści z natu­ry daw­niej­szej od same­go indy­wi­du­um, przez któ­rą ono myśli, żyje, roz­wi­ja się, krze­pi się lub umie­ra, nie­zdol­ne jej odróż­nić od poszcze­gól­nych pobu­dek, któ­re bie­rze za nią

Wnio­sek pły­nie stąd taki – war­to się prze­móc i wró­cić do Pro­usta. Choć lepiej nie robić tego przed trzy­dziest­ką (kole­ga mi mówi, że on chy­ba pocze­ka do czter­dziest­ki, a ja to potra­fię usza­no­wać). Ja podej­mu­ję wyzwa­nie i prze­cho­dzę do trze­cie­go tomu cyklu.

5/5

Boun­ce rate w lite­ra­tu­rze, czy­li „W cie­niu zakwi­ta­ją­cych dziew­cząt” Pro­usta
Facebooktwittergoogle_pluslinkedintumblrmail