Ameryka na pigułach, czyli “Dreamland” Sama Quinonesa

“Dreamland” Sama Quinonesa
Monumentalny reportaż Quinonesa Dreamland. Opiatowa epidemia w USA to świetny przykład dziennikarstwa zaangażowanego — takiego, które usiłuje zmienić świat, żeby był ciut lepszy. Chociaż gdy w grę wchodzą leki opiatowe i heroina, szanse są nikłe.

Okład­ka książ­ki suge­ru­je, że będzie­my czy­tać o prze­my­śle far­ma­ceu­tycz­nym i nie­uczci­wych leka­rzach prze­pi­su­ją­cy na potę­gę opia­ty. I rze­czy­wi­ście tak jest, ale pigu­ła to jeden z dwóch tema­tów prze­wod­nich tej książ­ki. Dru­gi to mek­sy­kań­ska hero­ina sprze­da­wa­na w posta­ci tzw. czar­nej smo­ły według mode­lu do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­ce­go piz­zę na tele­fon. Czy­li jest tanio, nie trze­ba wycho­dzić z domu, a hero­ina sama przy­jeż­dża do klien­ta, nie trze­ba cho­dzić po meli­nach. Ide­al­ne roz­wią­za­nie dla ame­ry­kań­skiej kla­sy śred­niej, zwłasz­cza dla dzie­cia­ków z dobrych domów. I dla­te­go nigdy wcze­śniej tak wie­lu ludzi nie umie­ra­ło od hero­iny jak w ostat­nich 25 latach.

Sam Quino­nes szcze­gó­ło­wo wyja­śnia, jak do tego doszło. Fun­da­men­ty epi­de­mii opia­to­wej to Oxy­Con­tin, czy­li sil­nie uza­leż­nia­ją­cy lek prze­ciw­bó­lo­wy o budo­wie zbli­żo­nej do mole­ku­ły mor­fi­ny. Oczy­wi­ście, przed Oxy­Con­ti­nem leka­rze w USA wypi­sy­wa­li recep­ty na całą masę opia­to­wych leków prze­ciw­bó­lo­wych, ale jed­nak z zacho­wa­niem pew­nej dozy ostroż­no­ści. Jed­nak suk­ces Oxy­Con­ti­nu wniósł do USA spo­ży­cie opia­tów na nie­wy­obra­żal­ną dotąd ska­lę. I był napraw­dę zapra­co­wa­ny — opie­rał się na zna­ko­mi­tej kam­pa­nii mar­ke­tin­go­wej, z uży­ciem mailin­gów i przed­sta­wi­cie­li han­dlo­wych maso­wo nawie­dza­ją­cych gabi­ne­ty (dziś już kla­syk, wie­lo­krot­nie sko­pio­wa­ny), a tak­że moc­no pro­mo­wa­nej, ale opar­tej na fał­szy­wych prze­słan­kach tezie gło­szą­cej, że nowo­cze­sne leki opia­to­we nie uza­leż­nia­ją. A jed­nak uza­leż­nia­ły.

Marketing prochów

W efek­cie w róż­nych czę­ściach Sta­nów, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem tzw. pasa rdzy, jak grzy­by po desz­czu wyra­sta­ły kli­ni­ki obie­cu­ją­ce pacjen­tom zwy­cię­stwo nad bólem, a w rze­czy­wi­sto­ści funk­cjo­nu­ją­ce jako fabry­ki pro­chów. Praw­dzi­wa epi­de­mia wybu­chła wte­dy, gdy do nie­uczci­wych leka­rzy dołą­czy­li Mek­sy­ka­nie han­dlu­ją­cy tań­szą i moc­niej­szą hero­iną.

A nikt lepiej nie han­dlo­wał nar­ko­ty­ka­mi od Chło­pa­ków z Xali­sco. Dla­cze­go? Bo Mek­sy­ka­nie pod­pa­trzy­li prak­ty­ki wiel­kich mię­dzy­na­ro­do­wych kor­po­ra­cji oraz piz­ze­rii ofe­ru­ją­cych dowóz do domu, a potem sko­pio­wa­li je na wła­sny uży­tek. I tak: nigdy nie wozi­li przy sobie takich ilo­ści nar­ko­ty­ków, za któ­re gro­zi­ła­by dłu­ga odsiad­ka, nie chrzci­li towa­ru (bo byli opła­ca­ni jak na eta­cie i nie było to w ich inte­re­sie), nie uży­wa­li prze­mo­cy (bo wszy­scy pocho­dzi­li z jed­nej oko­li­cy, czy­li kil­ku małych mia­ste­czek i wio­sek) i dobrze tar­ge­to­wa­li swo­ich klien­tów (bia­ła kla­sa śred­nia).

Komu lekarz nie prze­pi­sał pigu­łek, ten dzwo­nił do Mek­sy­ka­nów. Komu Oxy­Con­tin prze­stał wystar­czać — tra­fiał do Mek­sy­ka­nów. Komu było szko­da kasy na pigu­ły — tra­fiał do Mek­sy­ka­nów. Dział­ka kosz­to­wa­ła 5 dola­rów i dojeż­dża­ła do klien­ta w cza­sie nie dłuż­szym niż 20 minut, więc nie było ani szyb­szych, ani tań­szych alter­na­tyw. Jak to się roz­wi­ja­ło i czy się w ogó­le skoń­czy­ło — sami sobie prze­czy­taj­cie.

Heroina i korpoświat

To, co w książ­ce Dre­am­land Sama Quino­ne­sa naj­waż­niej­sze, wią­że się z wie­lo­aspek­to­wą kry­ty­ką kor­po­ra­cjo­ni­zmu i nad­mier­nej wia­ry w wol­ny rynek (o czym zresz­tą czy­ta­li­śmy ostat­nio w Uro­bio­nych). Bo to ryn­ko­we mecha­ni­zmy kor­po­ra­cji ukształ­to­wa­ły oba mode­le nad­po­da­ży opa­tów. I tego legal­ne­go, na recep­tę, i tego nie­le­gal­ne­go, na tele­fon.

Łyż­ka dzieg­ciu — książ­ka jest tro­chę przy­dłu­ga i w wie­lu frag­men­tach wyraź­nie czuć, że Quino­nes kom­pi­lo­wał ją z wie­lu krót­szych, zapew­ne publi­ko­wa­nych w pra­sie na bie­żą­co frag­men­tów. Stąd licz­ne powtó­rze­nia całych fraz i czą­stek tek­stu, na przy­kład tych wyja­śnia­ją­cych isto­tę sys­te­mu sprze­da­ży wyko­rzy­sty­wa­ne­go przez Mek­sy­ka­nów z Xali­sco. I tym samym autor czę­sto tra­ci uwa­gę czy­tel­ni­ka, nie uda­je mu się też wykre­ować trwal­sze­go suspen­su. Tak czę­sto bywa z monu­men­tal­nym repor­ta­ża­mi pisa­ny­mi na prze­strze­ni wie­lu lat, w trak­cie dłuż­sze­go śledz­twa dzien­ni­kar­skie­go.

Antidotum

Czy jest jakaś pocie­cha i nadzie­ja na przy­szłość? Jest. Quino­nes wie­rzy, że praw­dzi­we rela­cje mię­dzy ludź­mi mogą uchro­nić od ćpa­nia w samot­no­ści. Pisze tak: anti­do­tum na hero­inę jest wspól­no­ta. Jeśli chce­cie, by wasze dzie­ci trzy­ma­ły się z dala od hero­iny, zadbaj­cie o to, żeby­ście wraz z sąsia­da­mi podej­mo­wa­li wspól­ne dzia­ła­nia — publicz­nie i czę­sto. Zbu­duj­cie wła­sny Dre­am­land i prze­łam­cie barie­ry, któ­re oddzie­la­ją od sie­bie ludzi.

Lepiej go posłu­chać.

4/5

Dreamland Sama Quinonesa - recenzja

PS. Tym razem suge­ro­wa­na plej­li­sta do czy­ta­nia zawie­ra kra­kow­ski, ale w sumie to ame­ry­kań­ski z ducha zespół Neal Cas­sa­dy. Okład­ka dobrze się z Dre­am­lan­dem kom­po­nu­je.

Ame­ry­ka na pigu­łach, czy­li “Dre­am­land” Sama Quino­ne­sa
Facebooktwittergoogle_pluslinkedintumblrmail
Tagged on: