I śmieję się, i płaczę, czyli “Gorzki świat” Josefa Škvorecký’ego

Gorzki świat
Nareszcie coś, co wessało mnie na tyle, że choć na parę chwil zapomniałem o zamknięciu w ciasnym mieszkaniu w bloku. Škvorecký zabiera nas do Czech w znacznie gorsze czasy, a robi to z takim poczuciem humoru, że ten gorzki świat staje się ciut życzliwszy.

Opo­wia­da­nia z tomu Gorz­ki świat pogru­po­wa­ne zosta­ły w trzy cykle tema­tycz­ne — żydow­ski, sta­li­now­ski i biki­niar­ski. Naj­pięk­niej­sze są tek­sty z tej pierw­szej gru­py. Opo­wia­da­ne przez Škvorecký’ego histo­rie są tak ujmu­ją­co zabaw­ne, że smut­ne zakoń­cze­nia (a prze­cież przy tego typu histo­riach trud­no spo­dzie­wać się innych puent) sta­ją się jesz­cze bar­dziej poru­sza­ją­ce. Wspa­nia­le się to czy­ta. Moż­na się śmiać i pła­kać jed­no­cze­śnie.

No bo weź­my choć­by taką miło­sną nar­ra­cję o pięk­nej Żydów­ce, któ­ra po pro­stu nie mia­ła cza­su na zalo­ty kiep­skie­go sak­so­fo­ni­sty teno­ro­we­go (cho­ciaż nie mia­ła na to cza­su już po woj­nie):

Chcia­łem ją mieć, tę różę Saro­nu, wyłącz­nie dla sie­bie przez sześć, sie­dem mie­się­cy – wte­dy bowiem zazwy­czaj przez taki wła­śnie czas bywa­łem zako­cha­ny. Ale ja, dureń, nie wie­dzia­łem jed­nak, że ją prze­ra­ża­ły bli­skość śmier­ci oraz ucie­ka­ją­ce sekun­dy i że ona po pro­stu nie mia­ła cza­su, by sześć czy sie­dem dro­go­cen­nych mie­się­cy życia poświę­cić wyłącz­nie jed­ne­mu – kiep­skie­mu – teno­ro­we­mu sak­so­fo­ni­ście z cha­rak­te­rem dwu­dzie­sto­ośmio­let­nie­go lowe­la­sa.

Jest w tym gorz­ki smu­tek pisa­rza mie­rzą­ce­go się z histo­rią i bez­czel­na afir­ma­cja życia w jed­nym. W ogó­le wszyst­kie te opo­wia­da­nia — i żydow­skie, i sta­li­now­skie, i biki­niar­skie — aż kipią od cał­kiem bez­po­śred­nio sygna­li­zo­wa­ne­go ero­ty­zmu. Przy Škvo­rec­kým nasz Tyr­mand to smut­ny boomer nie­ustan­nie glę­dzą­cy swo­jej mło­dziut­kiej narze­czo­nej, że ma odra­biać lek­cje i uczyć się do matu­ry.

A w dodat­ku prze­za­baw­ne to wszyst­ko. Na przy­kład aneg­do­ta o Geral­din­ce zaczy­na się tak:

Geral­din­kę pozna­łem pod­czas gry towa­rzy­skiej w „zapał­kę”, na pry­wat­ce z oka­zji dwu­dzie­stych uro­dzin Petra. Gra pole­ga na tym, że uczest­ni­cy zasia­da­ją wokół sto­łu naprze­mien­nie według płci, po czym poda­ją sobie trzy­ma­ną w ustach zapał­kę, nie doty­ka­jąc jej ręka­mi. Po każ­dej run­dzie uła­mu­je się kawa­łek zapał­ki, aż w koń­cu zosta­je z niej maleń­ka drza­zga, któ­ra wędru­je od jed­ne­go gra­cza do dru­gie­go, głów­nie za pomo­cą języ­ka. Kto ją połknie, zgu­bi lub upu­ści na zie­mię, musi wyko­nać jakieś nie­mi­łe zada­nie. Moż­na też grać o fan­ty, co prze­waż­nie prze­ra­dza się w strip­tiz, do cze­go jed­nak pod­czas uro­dzin Petra nie doszło. Jest to nie­hi­gie­nicz­na, a zara­zem cie­ka­wa gra towa­rzy­ska i w odróż­nie­niu od innych bawi­ła bez wyjąt­ku wszyst­kich, z któ­ry­mi mia­łem oka­zję grać.

Sie­dzia­łem w oknie posęp­nie zazdrosz­cząc pie­skom spa­ce­ru i rycza­łem ze śmie­chu. I to nie tyl­ko przy tych pieprzno-rubasznych frag­men­tach. Rela­cje z tego, jak muzy­cy jaz­zo­wi oszu­ki­wa­li nazi­stow­ską (a póź­niej komu­ni­stycz­ną cen­zu­rę), wpusz­cza­jąc zaka­za­ne syn­ko­py i tre­ści rodem z nowo­or­le­ań­skich bur­de­li do ofi­cjal­nych, zatwier­dza­nych przez odpo­wied­nie urzę­dy pań­stwo­we kon­cer­tów też war­te są paru sze­ro­kich uśmie­chów. I ta wspa­nia­ła melan­cho­lia, dzię­ki któ­rej cze­ski pisarz prze­no­si duszę utę­sk­nio­ną zamknię­te­go na kwa­ran­tan­nie domo­wej czy­tel­ni­ka w cza­sy, gdy wiel­ki Duke za oce­anem wypo­wie­dział magicz­ną for­muł­kę i dzię­ki niej wyra­ził ogrom­ną praw­dę nasze­go wie­ku: “It don’t mean a thing If it ain’t got that swing”.

Du ła, du ła, du ła, du ła.

4,5/5

Dzi­siaj bez pły­ty, bo byłem zaję­ty zazdrosz­cze­niem pie­skom spa­ce­ru, ale chy­ba wie­cie, co sobie puścić.

I śmie­ję się, i pła­czę, czy­li “Gorz­ki świat” Jose­fa Škvorecký’ego
Facebooktwitterlinkedintumblrmail
Tagged on: