Obsesyjna fraza, czyli “Przegrany” Thomasa Bernharda

Przegrany
Krótka powieść z czterema zaledwie akapitami, z czego trzy zajmują pół pierwszej strony, formalnie nawiązuje do struktury Wariacji Goldbergowskich w wykonaniu Glenna Goulda. I jest o Glennie Gouldzie, choć to właściwie Gould wyobrażony.

Te dwie­ście stron z małym okła­dem, na któ­rych mie­ści się czwar­ty i ostat­ni aka­pit powie­ści, to mister­nie skon­stru­owa­na, muzycz­na w swo­im cha­rak­te­rze pro­za, któ­ra pró­bu­je wydrzeć się z przy­cia­snej for­my narzu­ca­nej przez rytm języ­ka nie­miec­kie­go i ogra­ni­cze­nia nie­miec­kiej skład­ni. Rzecz jasna, Bern­hard tę skład­nię celo­wo oka­le­cza, wyrzu­ca­jąc na koniec okre­su wszyst­kie cza­sow­ni­ki wska­zu­ją­ce na mowę zależ­ną i fakt rela­cjo­no­wa­nia (powia­dał, pomy­śla­łem), czę­sto w połą­cze­niu z obse­syj­nie powta­rza­ny­mi kon­struk­cja­mi two­rzą­cy­mi refre­ny (np. pomy­śla­łem, do gospo­dy wcho­dząc) wraz z prze­two­rze­nia­mi (do gospo­dy wcho­dząc, pomy­śla­łem) i repry­za­mi (powia­dał, pomy­śla­łem).

Lek­tu­ra tej pro­zy, opar­tej na obse­syj­nej fra­zie, nazna­czo­nej kon­struk­cja­mi rodem z Kunst der Fuge, no i rzecz jasna Waria­cji Gold­ber­gow­skich patro­nu­ją­cych całe­mu tek­sto­wi, to per­wer­syj­na przy­jem­ność. Per­wer­syj­na, bo to jed­nak wariac­two tak roz­pla­no­wy­wać nar­ra­cję o destruk­cyj­nym wpły­wie dosko­na­ło­ści sztu­ki Glen­na Gou­l­da na Wer­the­ime­ra, zwa­ne­go też Prze­gra­nym, a tak­że na nar­ra­to­ra. Bo wła­ści­wie to nie jest opo­wieść o Glen­nie Gou­l­dzie, któ­re­go bio­gra­fia jest tu potrak­to­wa­na z dość dużą dozą umow­no­ści, ale wła­śnie o Wer­the­ime­rze i nar­ra­to­rze. Obaj po zetknię­ciu z abso­lut­nym mistrzo­stwem Waria­cji Gold­ber­gow­skich w inter­pre­ta­cji Gou­l­da odsta­wia­ją muzy­kę i pozby­wa­ją się instru­men­tów, przy czym nar­ra­tor znaj­du­je sobie sub­sty­tut, a Wer­the­imer nie może, co koń­czy się samo­bój­stwem boha­te­ra, zapo­wie­dzia­nym zresz­tą już w dru­gim aka­pi­cie powie­ści, jed­nym z tych trzech obu­rza­ją­co krót­kich.

No więc per­wer­syj­na przy­jem­ność tej lek­tu­ry bie­rze się stąd, że fabu­ła jest wła­ści­wie pre­tek­sto­wa, a for­ma ni to nowo­cze­sna, ni to baro­ko­wa. Nuda w zasa­dzie. A jed­nak nie moż­na się oprzeć obse­syj­nej fra­zie Bern­har­da, total­nej i bez­kom­pro­mi­so­wej jak Waria­cje Gold­ber­gow­skie Glen­na Gou­l­da, stwo­rzo­ne na prze­kór słu­cha­czom, w samot­no­ści, jako odtrut­ka na bez­sen­ność. Ta for­ma wsy­sa, wchła­nia, choć z pozo­ru jest nie­atrak­cyj­na, odle­gła od życia i w ogó­le od ludz­kie­go, codzien­ne­go doświad­cze­nia.

A ja czy­tam sobie z przy­jem­no­ścią tego Bern­har­da, chy­ba wca­le nie tak naj­lep­sze­go, bo naj­lep­szy Bern­hard to Wyma­zy­wa­nie i mikro­po­wie­ści auto­bio­gra­ficz­ne, a Prze­gra­ny pla­su­je się bli­żej Bra­tan­ka Wit­t­gen­ste­ina, czy­li raczej bli­żej Ber­har­dow­skich dia­lo­gów z kul­tu­rą — zna­ko­mi­tych, ale to nie za ich spra­wą austriac­ki pisarz prze­szedł do histo­rii. No więc czy­tam sobie tego Bern­har­da z przy­jem­no­ścią, cho­ciaż jest tak odle­gły od ludz­kie­go, codzien­ne­go doświad­cze­nia, a prze­czy­ta­łem ostat­nio parę róż­nych ksią­żek bli­skich wła­śnie tego codzien­ne­go doświad­cze­nia, o róż­nych pro­ble­mach z bli­ski­mi, o trau­mach roz­ma­itych, o wstrę­cie do pra­cy w biu­rze, o Pol­sce i Pola­kach, w ogó­le o życiu w płyn­nej pono­wo­cze­sno­ści, a przy tej lek­tu­rze zie­wam i nudzę się, a przy Bern­har­dzie się nie nudzę, cho­ciaż z pozo­ru nud­ny.

Bo po tej obse­syj­nej fra­zie moż­na poznać wiel­ką lite­ra­tu­rę. A w bez­sty­lo­wych książ­kach o życiu i całej resz­cie tak czę­sto tej lite­ra­tu­ry bra­ku­je. Jest jakaś pró­ba doku­men­to­wa­nia współ­cze­sno­ści, ale gęstej lite­ra­tu­ry nie tak łatwo uświad­czyć. Po to jest Bern­hard, Genet, Gom­bro­wicz, Bola­ño i jesz­cze paru innych pisa­rzy, żeby sobie przy­po­mi­nać o tym, po co w ogó­le war­to czy­tać książ­ki zamiast oglą­dać coś na Net­flik­sie, bo prze­cież na Net­flik­sie też są cie­ka­we rze­czy, któ­re pró­bu­ją jakoś doku­men­to­wać rze­czy­wi­stość, a czę­sto nawet dobre meta­fo­ry do tego wycho­dzą, nie trze­ba koniecz­nie ksią­żek czy­tać, a nawet odno­szę wra­że­nie, że znacz­nej więk­szo­ści z nich lepiej nie czy­tać.

4,5/5

PS. Zdję­cie bez pły­ty, bo nie mam Glen­na Gou­l­da na fizycz­nym nośni­ku, słu­cha­łem ze stre­amin­gów, a jakoś żad­na inna pły­ta mi tu nie pasu­je.

Obse­syj­na fra­za, czy­li “Prze­gra­ny” Tho­ma­sa Bern­har­da
Facebooktwitterlinkedintumblrmail